Music

23 czerwca 2017

15. Krzyżyk na drogę

Z dedykacją dla wszystkich, którzy mają dzisiaj urodziny jak ja! I dla ojców, chociaż żaden tego nie przeczyta, ha!


Stali twarzą w twarz, uważnie obserwując siebie nawzajem. Shikamaru wydawał się być nieco bardziej spięty niż sam Sasuke, a w końcu to ten pierwszy trzymał w ręku broń. Komisarz nie potrafił dojrzeć intencji aspiranta, dlatego co rusz zerkał na naładowanego gnata i drżący palec Nary ulokowany na spuście.
— Nie muszę ci chyba niczego tłumaczyć — zaczął leniwie Shikamaru. — W końcu zacząłeś się domyślać. Szkoda tylko, że tak późno.
— Dlaczego dopiero teraz? — Sasuke nie miał więcej pytań. Tak naprawdę nie oczekiwał zbyt wielu odpowiedzi. Dobrze zdawał sobie sprawę, że Nara pragnie zemsty za zabicie Asumy i doskonale go rozumiał. Na jego miejscu miał być jego chrzestny, który teraz mimo wszystko był bezpieczny i wolny, bowiem mafia znalazła sobie inny cel. 
Shikamaru Nara był ich informatorem. Swą długą opowieść zaczął od wytłumaczenia, dlaczego tak właśnie się stało. Nie było zaskoczeniem, iż to dzień, w którym pijany Asuma przyszedł do niego do domu stał się przełomowy. Mężczyzna bełkotał, jak bardzo mu przykro i czy gdyby cokolwiek go spotkało, Kurenai będzie bezpieczna pod jego czujnym okiem. Aspirant bez zawahania obiecał zająć się nią i ich dzieckiem, ale wyparł tamten moment z pamięci, zważywszy na stan w jakim ojciec się znajdował. Dowiedziawszy się, kto pociągnął za spust, a nie wiedząc, że Sarutobi chorował i dobrowolnie podjął się zadania, poprzysiągł zemstę. Długo rozważał, czy powinien udać się po pomoc do mafii. Zdawał sobie sprawę, że wiązanie się z nimi to jak podpisanie paktu z diabłem i jedyną ucieczką przed mafijną rodziną będzie śmierć. Mimo to postanowił sprzedać siebie tylko po to, by dokonać zemsty. Zajęło mu to dwa lata, planowanie i próba zyskania zaufania ze strony mafii trwała — ale w końcu nadszedł ten dzień i można rzec, że się udało.
Na spotkaniu z mafią przedstawił swój plan, a także to, co on mógł im zaoferować. Wiedząc, iż Nara pracował w policji, chciano wykorzystać ten fakt — miał być ich informatorem. Zaprowadzono go do salonu Deidary, mężczyzny robiącego dziary. Podając mu specyfik znieczulający nie wiedział, że będzie to zwykły narkotyk, który nie pozwoli mu dojrzeć nic, co robiono w trakcie tatuowania: mowa tutaj o wprowadzaniu pod skórę chipa, który aktywowany już na zawsze miał mówić Akatsuki o tym, gdzie dokładnie dana osoba się znajdowała. O tym cudownym wynalazku dowiedział się dopiero w trakcie śledztwa i strach niemalże sparaliżował całe jego ciało. W domu często dotykał tego niewidzialnego na pierwszy rzut oka zgrubienia i ze smutkiem stwierdził, że naprawdę dał się oszukać.
Plan zemsty miał być prosty: Shikamaru chciał, aby Sasuke został oskarżony o zabójstwo. Mafia przystała na taki pomysł, przedstawiono więc okrojony konspekt, kiedy i jak zostanie to zrealizowane, ale dopiero z wiadomości Nara dowiedział się, jak naprawdę to wyglądało. Początkowo Akatsuki mówiło o zwykłym teatrzyku — podstawieniu kilku aktorów, wybrania jakiegoś pustostanu, nagraniu całego wydarzenia i wysłaniu pliku w świat. Aby to zrobić, musieli ogłuszyć Sasuke i zabrać gdzieś, gdzie ów spektakl miał zostać rozegrany.
Okazało się jednak, że główni aktorzy byli prawdziwi, z czego było ich tylko dwóch. Jeden leżał martwy, a drugi nieprzytomny. Shikamaru podejrzewał więc, że mafia musiała czymś Sasuke nafaszerować lub go zaszantażować. Niemniej wszystko sprowadzało się do jednego — zabójstwa Madary. Prawdy jednak nie znał i nie potrafił rozświetlić komisarzowi całej tej przeszłości, której on w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć.
— W takim razie to mogłem być ja, prawda?
Shikamaru potrząsnął bezradnie głową.
— Jak już mówiłem, nie znałem ich całego planu. Dowiedziałem się tylko, i to z czasem, że prawdopodobnie mogli cię czymś nafaszerować, stąd ten zanik pamięci. — Nara spojrzał na komisarza współczująco. — W tej kwestii nie jestem w stanie ci pomóc. Kompletnie nic nie wiem, tylko oni mają pełną wiedzę z tamtej feralnej nocy. Podkreślam jednak raz jeszcze: nie chciałem tego. Nie w taki sposób. Jak tylko się dowiedziałem o tej dramatycznej akcji, zacząłem głębiej szukać. Tak, nienawidziłem cię — dodał szybko, jakby odpowiadając na nieme pytanie Sasuke rzucone zwykłym spojrzeniem — ale nie w takim stopniu, by zaraz pakować cię za kolejne morderstwo. Przyznaję, początkowo podobała mi się ta wersja, nawet byłem zadowolony. W końcu morderca mojego ojca zostanie oskarżony, sprawiedliwie jak sądziłem, za ten haniebny czyn. I wtedy, tydzień później natknąłem się na tajemniczy artykuł w odmętach Internetu. Mówił o antyterrorystycznej organizacji pod pseudonimem ANBU, która liczyła sobie kilkoro członków...
Sasuke zwiesił głowę i Nara wiedział, że trafił. Uśmiechnął się półgębkiem.
— Widziałeś tatuaż — stwierdził bez patrzenia na minę towarzysza.
— Widziałem. Połączyłem nieco fakty. Dowiedziałem się, czym zajmował się twój ojciec i że wpakował w to wszystko chętnego do współpracy Asumę. Obaj pragnęli zniszczyć mafię od środka. Za wszelką cenę.
Spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Wtedy Shikamaru dodał, że po wszystkim zaczął szukać głębiej, znikał na całe dnie i noce w archiwach,  całych stosach papierów. Czytał raporty, poprosił nawet o wgląd w raporty Fugaku i Asumy z nadzieją znalezienia wszystkich informacji. Po wszystkim uraczył Tsunade wizytą, przyznając się do wszystkiego i przedstawiwszy swój plan działania, wspólnie uzgodnili, by celem nie został Kakashi a sam Shikamaru. Bez trudu więc odciął mafię od informacji, a z czasem, by bardziej ich rozjuszyć, zaczął wysyłać im fałszywe sygnały. Gdy połknęli haczyk to był ten czas, by zadziałać.
— Długo nie rozumiałem, dlaczego go zabiłeś. Podejrzewałem cię o kontakty z mafią, ale nigdy nie przypuszczałem, że… — urwał w tak ważnym momencie, ale zważywszy na to, jak bardzo łamał mu się głos po prostu musiał odpuścić. Zaszklone, już nie nienawistne spojrzenie przeniósł na, wydawałoby się, chłodne oblicze Sasuke, podczas gdy komisarz cały wrzał w środku od nadmiaru emocji. Tak bardzo wszystkiego żałował, że jedynym pragnieniem było móc cofnąć się w czasie. — Dopiero niedawno odkryłem prawdziwy powód. Wstrząsnął mną tak bardzo, że nagle przestałem cię nienawidzić.
Komisarz wbił w niego nieco zamglone spojrzenie, ale Shikamaru już na niego nie patrzył. Całą swoją uwagę poświęcił zaschniętej plamie krwi, która ledwo widoczna wciąż oblepiała swym kształtem betonową, starą podłogę. Stojąc wprost w miejscu, w którym zginął Asuma, czuł niewyobrażalny ból, który swym uciskiem zabierał każdy cenny dech.
— Nie chciałem tego — wychrypiał Sasuke, przecierając dłonią zmęczoną twarz. — Nie zgodziłem się od razu.
Shikamaru słuchał. Z ciężkim sercem słuchał uważnie, co komisarz miał mu do powiedzenia, mimo że wiedział już wszystko. Część jego planu miała jednak zostać zrealizowana dopiero wtedy, gdy ten drugi będzie gotowy.
— Asuma przyszedł do mnie z butelką sake — opowiadał, uśmiechając się przy tym słabo. — Powiedział, że czas poważnie porozmawiać i podjąć męską decyzję. Mijały jednak godziny, a my siedzieliśmy przy stole i piliśmy. — Tylko raz zerknął na Shikamaru, który w skupieniu wpatrywał się w niego, choć wzrok mógł zabić. — Długo przekonywał mnie, że to jedyna słuszna decyzja, by zgładzić mafię od środka. Wkupić się w ich łaski, a potem po prostu zniszczyć. Ufając mi, mieli strzelić do własnej bramki. To miało być ich samobójstwo. — Ostatnie słowo wyraźnie zaakcentował, dławiąc w sobie chęć splunięcia. — Zgodziłem się dopiero, gdy powiedział mi, że ma raka.
Długa, dziwna i męcząca cisza osiadła na ich barkach.
— Oponowałem, namawiałem do podjęcia leczenia, ale Asuma powiedział mi, że zostało mu mało czasu, że rak jest tak w tak zaawansowanym stanie, że… że chemia go nie uratuje. Nie chciał walczyć, bo nie miało to sensu. Wolał poświęcić się w imię czegoś wyższego.
Shikamaru milczał.
— Zabiłem go, bo mnie o to poprosił.
— Żałujesz?
Sasuke przełknął ciężko ślinę, jakoby jakaś smolista kula zalęgła się w nader zaschniętym gardle.  
— Żałuję, bo w końcu i tak spierdoliłem. Stchórzyłem po śmierci ojca, nie byłem w stanie dłużej siedzieć w tym gównie po uszy.
— Dlaczego wróciłeś? — spytał z zaciśniętym gardłem.
— Śmierć Madary mnie to tego zmusiła.
— Nie wiem, czy go zabiłeś jak już wspomniałem wcześniej, wiem tylko, że tak bardzo cię nafaszerowali, iż możesz tego nie pamiętać. Możliwe również, że twoja podświadomość to wszystko wyparła. Nie wiem, Sasuke, co tak naprawdę się stało. Mieli cię wrobić w morderstwo, owszem. Chciałem się zemścić za Asumę, nie sądziłem jednak, że posuną się do czegoś takiego. Uważałem, że… — urwał. — Miałem nadzieję, że wymyślą coś innego. W końcu byłem już jednym z nich, liczyłem na współpracę. Opłaciłem ich usługi, sprzedałem się i teraz cholernie mi przykro.
Uchiha próbował przypomnieć sobie cokolwiek, ale tamtego wieczora kompletnie nie pamiętał. Jakby ktoś wymazał mu pamięć z dysku i już nigdy nie miał się dowiedzieć, jakie obrazy za nim się kryły. Cholernie bał się odkryć prawdę; mimo że Shikamaru powiedział mu, kto był za to odpowiedzialny, a czego on poniekąd się domyślał, przerażała go ta jedna, sroga niewiadoma — k t o zabił?
— Oni wiedzą… wiedzą, że sypię.
Komisarz uniósł lekko brwi.
— Są w drodze, by mnie sprzątnąć, bo myślą, że ty tego nie zrobisz.
— Dlaczego tak sądzą?
— Nie wiem — odpowiedział szczerze. — Wiem za to, że nie zamierzam ginąć z ich ręki. Nie zabiliby mnie od razu. Wpierw tortury, których sam doświadczyłeś, a później długa i cierpiąca śmierć, najlepiej na ich oczach. — Wbił wzrok w ziemię. — Jak już raz cię oznaczą, na zawsze jesteś ich. Jeden zły krok, który może im zaszkodzić i żegnasz się z życiem. Nie chcę również, abyś to ty pociągnął za spust.
— Co ty pieprzysz?
— Trzeba działać, Sasuke. Są już w drodze, wiedzą, gdzie jestem przez ten cholerny chip!
Shikamaru powoli podniósł rękę i wycelował broń wprost w czoło, aby strzał, który miał zaraz dokonać, wyglądał naturalnie, tak jakby to komisarz stał naprzeciwko i strzelił, uwalniając mafię od grającego na dwa fronty kreta.
— Daj spokój! — Uniósł się Sasuke, podchodząc do niego i chcąc wyrwać mu pistolet z ręki. Oberwał kolbą prosto w wargę, zachwiał się na nogach, robiąc kilka kroków w tył. Złapawszy się za rozcięte i krwawiące miejsce, spojrzał spode łba na Shikamaru. — Pojebało cię?
Uderzył go raz jeszcze, tym razem z pięści. Drugiego ataku nie dokonał, bo Sasuke już trzymał go za mankiet i sam zadał cios prosto w żuchwę. Dopiero po wymianie kilku szybkich ataków zrozumiał, że to była tylko część planu. Miało wyglądać tak, jakby szarpali się ze sobą, jakby naprawdę doszło między nimi do walki na śmierć i życie. W końcu Nara wyjął z kieszeni nóż i to był impuls, instynkt, który kazał się bronić. Mimo że aspirant wcale nie zamierzał dźgać narzędziem komisarza, krew musiała trysnąć. Mafia lubiła takie sceny, musiała je zobaczyć chociażby po fakcie.
Nóż rozdarł rękaw koszuli Sasuke, lewe ramię odkryło kawałek tatuażu, któremu Shikamaru uważniej się przyjrzał. Teraz tuż nad malunkiem rysowała się płytka rana, która powoli zaczęła wypluwać z siebie bordową osokę.
Jeden cios, drugi, trzeci. Zamachnięcie nożem, który tylko powierzchownie dotykał skóry komisarza, przecięło świstem powietrze. Sasuke w końcu powalił domniemanego przeciwnika na ziemię i obaj turlali się po zakurzonej podłodze, siłując się między sobą i co rusz zmieniając pozycje. Gdy to Shikamaru był na górze, przygniatając Sasuke lewym kolanem wprost pod żebrami, nie szczędził ciosów. Można było rzec, iż była to ta prawdziwa zemsta za Asumę, coś, co pragnął zrobić dawno temu, ale dopiero teraz nadarzyła się okazja. Gdy w końcu Nara zawahał się przed oddaniem kolejnego prawego sierpowego, widząc poturbowaną twarz Sasuke, ten zepchnął go z siebie i kopnął, po czym szarpnął mocniej za kołnierz i raz uderzył jego ciałem w podłogę. Wyrwał z rąk Nary nóż i cisnął nim wściekle w kąt. Narzędzie z brzękiem uderzyło o beton.
Po wszystkim wstał, sapiąc ze zmęczenia. W jego ślad poszedł i Shikamaru, który jeszcze na klęczkach wypluwał krew.
— To prawda, co mówią — mruknął. Uchiha posłał mu pytające spojrzenie. — Dobry jesteś. Bijesz jak zawodowiec.
Twarz Sasuke nie wyrażała zbyt wiele. Nie odezwał się zatem, śledził tylko wzrokiem ruchy Nary, który już podniósł się z ziemi i przyłożył broń do czoła. Z lewego łuku brwiowego ciurkiem ciekła krew, zalewając mu oko.
— Wybaczam ci.
To było niczym powiew rześkiej bryzy, która sprawiła, że jakiś niewidzialny ciężar spadł z serca i pozwolił oddychać. Sasuke potrząsnął energicznie głową i utkwił spojrzenie w jego dłoni, kurczowo trzymającej spluwę.
— Wybaczam — powtórzył głucho, po czym głośno westchnął. — Nie pozwól, by śmierć niewinnych, Asumy czy moja poszła na marne. Zrób wszystko, by zniszczyć tych skurwysynów od środka. — Broń nader szybko dotknęła zimną lufą jego czoła. Ręka nawet mu nie zadrżała, tak jakby od dawna już ćwiczył tego typu ruch i był gotów na koniec. Sasuke drgnął, głos uwiązł mu w gardle. — I nie pozwól, by w jakikolwiek sposób cię przejrzeli. Nigdy, Sasuke.
Patrzyli sobie w oczy. Choć chwila ta nie trwała długo, dla nich ciągnęła się w nieskończoność. Nim komisarz zrobił krok w jego stronę i zdążył krzyknąć, Shikamaru Nara pociągnął za spust.
Jak w zwolnionym tempie, dokładnie jak tamtego feralnego wieczoru, będąc świadkiem śmierci ojca i Asumy, widział jak zdziwione oczy aspiranta tracą nagle cały swój żywioł, a tryskająca krew opluwa podłogę i jego samego, ściekając teraz po twarzy, włosach i odzieniu. Wyciekający mózg rozszarpany na kawałki został wypluty z drugiej strony, a nabój przebił czaszkę z taką siłą, że prawie się nie zatrzymał, omal nie przedziurawiając jej na wylot.
            Nim ciało mężczyzny osunęło się na betonową podłogę, Sasuke Uchiha padł na kolana, chowając zapłakaną twarz w dłoniach. Minęło raptem kilka sekund, by mógł się otrząsnąć i wziąć w garść. Odsunąwszy ręce od splamionego krwią lica, spojrzał na nieruchome ciało towarzysza. Rozrastająca się plama świeżej juchy tworzyła olbrzymiego, niekończącego się kleksa wypływającego wprost z dziurawego mózgu Shikamaru.
Oni wiedzą, wciąż rozbrzmiewało w jego głowie. Nara przekazał mu wszystko, co wiedział, działając na dwa fronty i ryzykując własnym życiem, by pod sam koniec wszystko odkręcić. I pomimo zemsty, którą się kierował w końcu zrozumiał, jak idiotycznie postąpił. Wolał wiec sam odebrać sobie życie, aniżeli pozwolić na to mafii, która przestała już ufać swojemu informatorowi. Reasumując, zagrażał im bardziej niż Kakashi, a Sasuke zwykł likwidować problemy mafii, którym był nie kto inny jak Shikamaru. Nie pozwoliwszy komisarzowi na podjęcie decyzji, sam pociągnął za spust, dając mu pole do działania. Uchiha nie mógł zatem tego spierdolić po raz drugi.
Podniósł się z klęczek i podszedł do wciąż ciepłych zwłok Nary. Pochylił się nad nimi tylko na chwilę, aby móc spojrzeć na już spokojne oblicze aspiranta. Dziwna, dość samobójcza myśl musnęła jego umysł, gdy wyciągnięta z ręki towarzysza broń wylądowała w jego, wycelowana tuż w grdykę. Po chwili jednak schował twarz w swoich dłoniach i zapłakał.
Tak jak podczas pogrzebu ojca. Tak jak wtedy, gdy zastrzelił Asumę.
Wodospad łez, rozpaczy i goryczy ciął jego policzki, a krew na twarzy rozmazała się i szpeciła już również całą jego żuchwę i czoło. Poczuł się jak morderca z wyrzutami sumienia.


            Usłyszała strzał i struchlała. Energicznie mrugała i niemo poruszała ustami, strach sparaliżował całe jej ciało, niezdolne do jakiegokolwiek ruchu. Bała się myśli, wizji śmierci snującej się gdzieś w odmętach starej fabryki. Obawiała się zastać na miejscu trupa, którym niekoniecznie miał być cel Sasuke, ale on sam. Długo więc nasłuchiwała, aż do momentu, gdy echo nie poniosło ze sobą czyichś kroków. Drżącymi dłońmi pociągnęła za mosiężną, zardzewiałą klamkę i weszła do środka.
Początkowo czaiła się w progu, nieco zagubiona już wymarłą konstrukcją budynku. Metalowe schody zaraz na lewo i prawo prowadziły donikąd, bowiem strop był oberwany. Był to jednak ogromny, wysoki pokój, który oddzielały zardzewiałe kotły sięgające do sufitu. Metalowe stoły i szafy walały się po kątach, a stare, ciemne rury wiły się pod nogami i nad głową niczym dzikie węże.
Na usta cisnęło się imię komisarza, ale zdławiony strachem głos nie wydostał się z gardła. Przycisnęła pięść do piersi, by jakkolwiek uspokoić rozkołatane serce. Bała się zajrzeć głębiej, obawiała się widoku, jaki miał ją zastać. Jak słusznie podpowiadał jej instynkt, miała zobaczyć coś, co wzbudzi w niej strach.
Było cicho. Wyjątkowo cicho, jakby kompletnie nic się nie wydarzyło.
Niechętnie zrobiła kilka kroków, ale w połowie przystanęła. Usłyszała jakiś ruch, chwilę później jakby szloch, a po wszystkim ponownie nastała cisza. Ciężko przełknęła ślinę. Postąpiła jeszcze kilka kroków, wyminęła wielki kocioł, a zaraz potem metalową szafę.
Zauważyła coś, czego nie chciała widzieć. Odruchowo zasłoniła usta ręką i wybałuszyła oczy. Potrząsnęła nerwowo głową, aż w końcu słowo n i e zaczęła powtarzać jak mantrę. W momencie, gdy Sasuke podniósł na nią wzrok, znieruchomiała. Nie mogła uwierzyć własnym oczom.
Uchiha powoli podniósł się z klęczek i spojrzał to na martwego Shikamaru, to na swoją rękę trzymającą mocno spluwę, to na ubrania pokryte krwią i dopiero wtedy otworzył usta, zaczął coś mówić, ale Sakura natychmiast mu przerwała.
— Zabiłeś Shikamaru — szepnęła, by po chwili spojrzeć mu hardo w oczy. — Zabiłeś go, ale dlaczego? Widziałam twoją teczkę… nie on był celem. Celem — prychnęła, a w oczach błysnęły łzy. — Celem był Kakashi, widziałam. Dla kogo ty pracujesz? Co ty robisz? Kim ty… jesteś?
Nie potrafił znaleźć słów. Nie miał żadnych dowodów, nie potrafił się obronić. Komisarz nie wydał z siebie żadnego dźwięku, wydawałoby się nawet, że przestał oddychać. Po prostu na nią patrzył i próbował wytrzymać to oskarżycielskie spojrzenie.
— Wiem, jak to wygląda — zaczął spokojnie, podnosząc ręce w geście obronnym. Mimo wszystko nie wypuszczał z dłoni pistoletu. — Shikamaru był kretem…
— I to był powód, by go zabijać?!
— Uspokój się — warknął dość chłodno — i wysłuchaj. — Sakura zamilkła. — Był informatorem Akatsuki, dlatego w dniu, gdy odwiedziliśmy klub Heike, ten tak dziwnie się zachowywał. Nara dał mu wcześniej cynk, że będziemy. Co lepsze… zaplanował zemstę, bo w przeszłości… — Nie był pewien, czy powinien jej o tym powiedzieć, ale w końcu się przełamał. — Zabiłem jego chrzestnego tylko po to, by wstąpić do mafii.
Pobladła i Sasuke był niemal pewien, że za chwilę zemdleje. Kobieta jednak twardo stała na nogach, chociaż serce omal nie wyskoczyło jej z piersi.
— Kłamca — padło nagle z jej ust, głośno i wyraźnie, pełne jadu słowo. — Pierdolony kłamca.
Nie odpowiedział, ale wytrzymał jej spojrzenie. Nie zamierzał się kłócić, nie teraz, kiedy oczekiwał towarzystwa w postaci Akatsuki. Shikamaru wyraźnie zaznaczył, że wiedzą o wszystkim; o tym, iż ich wystawił. Sasuke musiał działać.
Usłyszał silnik samochodu. Przestraszone, acz wciąż czujne spojrzenie przeniósł na Sakurę, która również zrozumiała, co się święci. Wesoła kompania przyjechała i Haruno w ogóle nie powinna tutaj być. Nieważne, że nie wierzyła w ani jedno słowo komisarza. Nieważne, co było prawdą. Musiała się schować, nim będzie za późno.
— Wrócimy do tego — rzuciła w jego stronę i szybko rozejrzała się za kątem, który by ją ukrył. Skinęła głową na metalową szafę i niedużą przestrzeń za nią. Pospiesznie podbiegła w jej stronę, uważnie lustrując niewielką szparę między meblem a ścianą. Westchnęła przeciągle, ale pisk otwieranych starych drzwi wzmocnił adrenalinę i natychmiast wsunęła się w rozsądne miejsce, ledwo łapiąc tchu, gdy poczuła ucisk na brzuchu. — Cholera — sapnęła do siebie na tyle cicho, że Uchiha nie mógł tego dosłyszeć.

           
Nerwowo zerknął na metalową szafę, wciąż otwartą. Sakura już całkiem schowała się za meblem i za pewne tak jak on cała trzęsła się ze strachu. W końcu wystarczyła jedna sekunda, by wchodzący do pomieszczenia Akatsuki ujrzeli i ją.
— Sasuke Uchiha! — zawołał już z daleka wysoki mężczyzna z rozbrajającym uśmiechem na twarzy. Dumnie kroczył po betonowej podłodze, rozpościerając szeroko ręce schowane w skórzanych rękawiczkach. Jego ciemny jak noc płaszcz powiewał za nim, a idealnie skrojony garnitur i złoty zegarek na nadgarstku od razu szkicowały w oczach lidera. — Wreszcie spotykamy się w lepszych okolicznościach. Ostatni czas nie był nam przychylny… jak blizny?
Milczał. Uważnie obserwował jego rozbawione oczy i bogate odzienie. Ciemne, błyszczące jak psu jajca — jak humorystycznie porównał Sasuke — mokasyny nie miały na sobie nawet drobinki kurzu. Jakby wychodząc z auta jakiś przydupas już klęczał na kolanach, aby tylko wytrzeć swojemu bogu buty.
Ironiczne. Perfidne.
Sasuke przeklął w myślach. Bratanie się z tego typu ludźmi, zwłaszcza z kimś, kto nosił to samo nazwisko, było sprawą bywale nietypową i uporczywą. Niemniej nawet na moment nie zrzedła mu mina, nawet nie uraczył wchodzących do środka mężczyzn — notabene ubranych podobnie jak ich szef, ale łatwo dało się zauważyć różnicę — uśmiechem. Było jeszcze dwóch barczystych osiłków, zapewne od brudnej roboty. Patrzyli na Sasuke czujnym okiem, gestem podcinanego gardła dając mu do zrozumienia, że był głęboko w dupie. Jednakże chłodny wyraz jego twarzy nie wyrażał niczego, nawet kare oczy stały się jakby puste. Wyszkolony do zadań specjalnych nie mógł przecież się ugiąć, choćby na łożu śmierci leżała mu najbliższa osoba. Przed Akatsuki musiał grać jak najwybitniejszy aktor.
— Odpowiadaj, gdy szef pyta — charknął jeden z członków rodziny, nie wychylając się zanadto przed szereg. Sasuke uważniej mu się przyjrzał i mimowolnie na jego usta wpełznął ironiczny uśmiechem. — Co cię tak bawi?
— Ty.
Mężczyzna zmarszczył mocno brwi i ostentacyjnie zacisnął pięści, wymachując nimi przed sobą. Był niższy od komisarza i zdecydowanie drobniejszy. Na lewym nadgarstku widniał nawet ślad nieudanego tatuażu lalki. Idealnie wypielęgnowane paznokcie, podobnie zresztą jak brwi, mogły rozbawić. Sasuke jednak miał inny powód i na pewno nie był to fakt, iż mężczyzna miał rude włosy.
— Doszły mnie słuchy, że Shikamaru wam zagrażał — odezwał się bezpośrednio w stronę równego wzrostem mężczyzny, szefa. Uniósł dłoń z zakrwawionym gnatem i wskazał nim martwego aspiranta, tuż za jego plecami. — Może się dogadamy?
Szef uśmiechnął się, ukazując garnitur białych i zdrowych zębów. Obłąkane oczy zaś wyrażały tak ogromny zachwyt, że Uchiha musiał naprawdę mocno się postarać, żeby nie rzucić się na niego i nie zatłuc go na śmierć.
— Czego pragniesz w zamian?
— Niewiele mi trzeba, Obito — odparował Sasuke spokojnie.
Obito Uchiha nie był rodziną Sasuke. Łączyło ich jedynie wspólne nazwisko, choć osoba trzecia stwierdziłaby, że byli do siebie podobni. Faktem okazało się jednak, że to nieprawda. Obito był znany tylko nielicznym, zwykle nie pokazywał swojej twarzy i posługiwał się swoimi pionkami w postaci członków Akatsuki. Nawet ANBU nie miało na niego całego profilu. Zdobycie jakichkolwiek informacji na temat rodzinny mafijnej zwykle kończyło się fiaskiem, a mimo to Sasuke znał ich wszystkim. Przynajmniej z wyglądu i imienia. Długo wpatrywał się w mężczyznę o białych włosach, Hidana, który nieufnym spojrzeniem lustrował jego sylwetkę. Sasori zaś milczał od momentu, gdy sam szef szybko go uciszył, i tylko uważnie rozglądał się po pomieszczeniu. Nie umknęło komisarzowi również to, jak czujnie wpatrywał się w otwartą szafę, za którą skryła się Sakura. Niewidzialna gula niemal wyrosła w gardle Uchihy.
— Jestem skory przyznać, że bardzo mi zaimponowałeś. Jednakże — jego ton przybrał nieco chłodniejsze brzmienie — nie wiem, czy powinienem ufać ci po raz drugi.
Młody Uchiha milczał, a Obito bacznie mu się przyglądał. Zmarszczone czoło wyrażało ogromną konsternację.
— Jeśli spróbujesz odwrócić się do mnie plecami raz jeszcze — ostrzegł dość życzliwie — to wiedz, że tamta brutalna chwila pozostawiająca po sobie milion blizn będzie jedynie miłą idyllą w porównaniu z tym, co może cię spotkać.
Oczy. Jego oczy wyrażały tak jawną i mroczną groźbę, że Sasuke poczuł jak krew w żyłach zaczyna zamarzać. Nie zląkł się jednak i wciąż wbijał w niego chłodne spojrzenie, nie mrugnąwszy okiem, nie zmarszczywszy czoła. Lider najwidoczniej sprawdzał jego wytrzymałość, wierność, determinację, bo nie poprzestawał wpatrywania się w kare tęczówki mężczyzny. Obłąkany uśmiech nagle wstąpił na jego twarz i przerzuciwszy wzrok na martwego Narę z wciąż otwartymi oczami, omal nie wybuchnął śmiechem. Jednym ruchem ręki strzepnął z policzka niewidzialną łzę rozbawienia i ponownie wbił wzrok w Uchihę. Obito chyba wyraźnie zaczynał się zastanawiać, czy postąpi słusznie, zgadzając się lub zabijając go tutaj, teraz, jednym strzałem.
Aż drgnął z ekscytacji. Taka myśl, taka piękna wizja śmierci tego młodego człowieka... Po chwili westchnął ciężko i oprzytomniał. Był mu potrzebny, nawet bardziej niż kiedykolwiek. Nie mając pod ręką Itachiego, musiał znaleźć godnego zastępcę. Niebywałe jak perfidny bywał los, skoro pod nogi rzucił mu młodszego brata tego sukinsyna!
— Witam w rodzinie, Sasuke. — Podali sobie dłonie i Obito wyjątkowo zdjął rękawiczkę, by uścisnąć silną dłoń Sasuke. Gest ten był długi, przeciągał się i komisarz czuł, jak Obito pragnie niemal wyssać z niego całą energię. Wpatrywał się też w niego z tym kpiącym uśmieszkiem na twarzy i nawet nie mrugał. Sasuke wytrzymał ów spojrzenie, nawet nie wstrzymawszy oddechu. Mocny uścisk dłoni był jednak zatrważający. — Panowie, idziemy! — niemal zaśpiewał Obito, odwróciwszy się z gracją na pięcie. Płaszcz powiał pod wpływem ruchu niczym maszt szargany przez sztorm.
Sasori posłusznie podreptał za szefem, a Hidan mierzył wzrokiem komisarza. Przeniósł spojrzenie na szafę i wtedy zauważył, jak mięśnie Sasuke napinają się. Jeden moment wystarczył, by wszystko zepsuć. Białowłosy leniwie postawił dwa kroki w kierunku otwartego mebla i wtedy spostrzegł jeszcze mocniejsze napięcie mięśni na szyi komisarza.
— Hidan! — zawołał zniecierpliwiony Obito.
Mężczyzną zaklął siarczyście pod nosem i posłał Sasuke piorunujące spojrzenie. Komisarz uraczył go triumfującym uśmiechem. I to mógł być błąd.
Perfidny błąd.
— Krzyżyk na drogę — warknął wściekły Hidan, obejrzawszy się przez ramię. Jeszcze długo miał w pamięci obraz młodego Uchihy ściskającego dłoń szefa. Instynkt podpowiadał mu, by mieć na chłopaka oko. Coś w jego zachowaniu mocno go frustrowało. I tak jak ostatnio nie był pewien, czy Uchiha faktycznie pociągnął za spust. — Krzyżyk na drogę — mruknął do siebie, uśmiechając się przebiegle pod nosem. Jedno spojrzenie wystarczyło, by wyjął z kieszeni małe urządzenie i wcisnął czerwony przycisk.
Detonator zaczął pikać. Sasuke odruchowo zacisnął mocniej szczękę, dosłyszawszy irytujące odliczanie. Zrozumiał też spojrzenie białowłosego i to aż za bardzo.
W międzyczasie jeden z osiłków Akatsuki podszedł do stygnącego ciała Shikamaru i schyliwszy się, szarpnął mocno za bezwładną rękę. Tym samym podniósł go i przerzucił przez ramię jak szmacianą lalkę. Krew ciurkiem skapywała na ziemię, a mężczyzna nawet nie przejmował się, że na chwilę obecną zostawi czerwony szlak w drodze na zewnątrz.
— Dlaczego go zabieracie?! — zawołał jeszcze Sasuke z nadzieją, że odpowiedzi udzieli mu sam lider. Nie pomylił się i nie przeliczył.
— Nie chciałbym, żeby znaleziono go pod gruzami ze śladem kulki po postrzale. — Spojrzał na Uchihę przez ramię i podniósł wysoko rękę schowaną w skórzanej rękawiczce. Pomachał mu na pożegnanie, dodając: — Znajdę inny sposób, aby znaleźli naszego biednego aspiranta. Może jakiś rów, dodatkowe cięcia na ciele… — Na samą myśl, Sasuke przegryzł mocno policzki od środka. Z całych sił starał się nie zacisnąć dłoni w pięści. — Wszystko, byle w żaden sposób nie połączyli tego z tobą i z nami, synu.
Uchiha przeklął siarczyście w myślach, odrażony. Pikanie zaś narastało, a rodzina Akatsuki, wciąż niepełna, właśnie pospiesznie wyszła z budynku. Po chwili dało się usłyszeć silnik dwóch samochodów, huk wrzucanego czegoś ciężkiego do bagażnika — zapewne ciała Shikamaru — i trzask zamykanych drzwi. Powoli zaś odjechali, bo dający się słyszeć zgrzyt piasku pod kołami nie oznaczał zbyt wielkiego pośpiechu.
Dopiero po chwili Sasuke oprzytomniał.
W budynku podłożono bombę.  
Podbiegł do szafy i zajrzał za nią. Sakura już próbowała wydostać się ze szczeliny, cała czerwona ze zmęczenia i stresu. Pytające spojrzenie zostało jednak zignorowane, by poinformować kompankę o zaistniałym niebezpieczeństwie. Za niecałą minutę cała ta konstrukcja miała posypać się w drobny mak. Przerażenie w jej oczach na moment go sparaliżowało.
— Biegnij! — wrzasnął w końcu, wybudzając ją z letargu. Szarpnął za ramię i pociągnął za sobą, by potem wypuścić i pozwolić biec jako pierwszej.
Sprintem zbliżali się do drzwi. Irytujące pikanie narastało, jakby przyspieszając. Zostało kilka sekund. Sasuke przez moment zastanawiał się, jak to możliwe, by mafia podłożyła bombę w tak krótkim czasie, przecież skąd mogli…
Oni wiedzą — zabębniło w uszach komisarza i wtedy zrozumiał. Oni wiedzieli o wiele wcześniej.
Wypadli za drzwi z hukiem, jeszcze kilka metrów i mogli być bezpieczni. Wtem potężny wybuch zatrząsnął ziemią, huk rozdarłby bębenki, kawałki ścian buchnęły wokół i rozprysły się na boki. Ceglane kawałki uderzały we wszystko, co stawało im na drodze. Sasuke oberwał ceglaną częścią prosto w zgięcie pod kolanem, ale nie do takiego stopnia, by cokolwiek uszkodzić. Niewidzialna siła wypchnęła ich dalej wraz z rozlatującą się konstrukcją, która jak za jednym uderzeniem rozsypała się jak domek z kart, tonąc w chmurze kurzu i bezradnej ziemi, która się rozszerzyła i wchłonęła w siebie wszystko, co mógł zaoferować świat.
Sasuke i Sakura leżeli oszołomieni na ziemi, nie ruszając się i zasłaniając głowy przed kolejnymi odłamkami, które wypluła eksplozja. Pulsujący ból w rożnych częściach ciała zaczynał dawać o sobie znać i informował właścicieli o ich stanie. Niemniej najgorsze minęło. Perfidny los nie dał im nauczki, nie dzisiaj, chociaż ledwo uszli z życiem. Wybuch powalił ich na ziemię na kilka dobrych minut, w uszach wyło niemiłosiernie, a czaszka pękała w szwach. Gdzieś z tyłu głowy przeszła Sakurze ironiczna myśl, że może powinna przyzwyczajać się do wybuchów, kiedy tylko Sasuke znajdował się w pobliżu.
Przewrócili się na plecy i długo stękali, potrząsając głowami. Oczy piekły od kurzu, w nozdrzach osadził się nieprzyjemny zapach i małe odłamki, które podrażniły naczynka. Sakura przetarła krew spod nosa dłonią, podczas gdy Sasuke wstał, zakołysał się na własnych nogach i omal by nie upadł, gdyby nie stojący obok stary, porzucony i zardzewiały samochód. Splunął kilkukrotnie krwią, gotów wyrzucić z siebie i wymiociny, ale uczucie mdłości powoli mijało. Miał tylko nadzieję, że nie doznał wstrząśnienia mózgu. Zerknął na podnoszącą się Sakurę, która z wymalowanym cierpieniem na twarzy złapała się za głowę. Był to zdecydowanie najgorszy czas w jej życiu.
Jakimś cudem jednak doczłapali się oboje do swoich aut — poturbowanych przez cegły i pozostałości budynku — i wyjechali z miejsca wypadku jeszcze zanim ktokolwiek wezwał straż pożarną, policję czy pogotowie.
Jechali szybko, ledwo wyrabiając na zakrętach. Nie patrzyli nawet na światła. Sakura jechała zaraz za autem Sasuke, wciąż klnąc pod nosem: bolała ją głowa i czuła, jak lekko przetarte miejsca zaczynają teraz piec i lekko krwawić. Odruchowo spojrzała na swoje odzienie i jeszcze głośniej zaklęła.
Wyjechali za miasto, zatrzymawszy się na pustej ulicy tuż obok lasu. Zmrok okalał świat zewsząd, a pochmurne niebo zwiastowało nie tylko deszcz, ale i burzę. Powietrze było gęste, ciężkie i pachniało złem.
Haruno stanęła nieco dalej, również na poboczu. Gdy Sasuke już wyszedł z auta, pozostawiając drzwiczki otwarte, obserwowała jego lekko przygarbioną sylwetkę. Splunął raz czy dwa krwią, przetarłszy usta rękawem. Po chwili maszerował to w jedną, to w drugą stronę, kuśtykając i zaciskając mocno pięści oraz szczękę. Mówił coś do siebie i z ruchu warg wychwyciła tylko obelgi, które narastały do takiego stopnia, że w końcu je usłyszała.
— Wytłumacz mi! — Wyszła pospiesznie z auta i pełny złości wzrok utkwiła w mężczyźnie, do którego chciała podejść, ale to on był szybszy i już stali obok jej auta. Niebo rozbłysło, a po kilku dobrych sekundach rozległ się głuchy, dudniący grzmot.
Sasuke milczał, chyba nie wiedząc, co powiedzieć. Miotały nim tak sprzeczne emocje, że ledwo sam panował nad swoim językiem. Wulgaryzmy chciały nawet wypłynąć teraz, wprost w kobietę, aby tylko dać upust złości. Trzymał jednak nerwy na wodzy, jeszcze.
— Chcesz pracować dla mafii? — Nie było to pytanie, nie było to nawet stwierdzenie. Sakura jęknęła ciężko, dość rozpaczliwie, starając się z zimną krwią wpatrywać w męskie, umorusane nieco zaschłą juchą oblicze.
Był to błąd. Taktyczny błąd, bo rozjuszyła komisarza aż zanadto, na tyle, by wbił w nią i swoje przepełnione smutkiem, i nienawiścią spojrzeniem. Nienawiścią do samego siebie, żalem do niej, że nadal go atakowała zamiast stanąć po jego stronie.
— Wciąż nie rozumiesz czy udajesz głupią?! — krzyknął w odpowiedzi, w oczach tańczyły płomienie nieokiełznanej furii.
— Nie drzyj się na mnie! — fuknęła. — Po prostu mi to wyjaśnij.
Niebo przecięła jasna błyskawica, oświetlając ich twarze w półmroku. Wydawało się, że na twarzy Sasuke malowała się złość, ale była to jedynie irytacja. Mężczyzną ciężko westchnął i zmierzwił włosy drżącą dłonią.
— Wierzysz mi, prawda?
— W to, że nie zabiłeś Shikamaru?
Nadzieja. Tak bardzo widoczna w jego oczach sprawiała Sakurze ból. Nieopisany, ciągły, narastający z sekundy na sekundę coraz bardziej, ból. Spuściła wzrok, nie będąc w stanie wytrzymać tego spojrzenia.
— Widziałaś, co chciałaś zobaczyć — mruknął ozięble, do szpiku kości przesiąknięty żalem i rozczarowaniem. Nie tego oczekiwał, nie po niej. Nadzieja, którą tak dzielnie pielęgnował zwiędła szybciej niż przypuszczał. Nie mógł jednak obwiniać o to Sakury. Nie była bezpośrednim świadkiem rozmowy z Narą, nie mogła dojrzeć, kto tak naprawdę strzelił. Mimo że była w stanie ocenić stan zwłok, nie zrobiła tego, prawdopodobnie sparaliżowana strachem i niedowierzaniem. W końcu zastała Sasuke z pistoletem w ręce, ubrudzonego na twarzy i koszuli, krew widniała nawet na spodniach. Kucał przy ciele aspiranta z oblepionym juchą gnatem przyciśniętym do grdyki, zanosząc się płaczem. Czy to nie powinien być sygnał, który oczyściłby go z zarzutów? — Zapewne już teraz jesteś w stu procentach pewna, że to ja zabiłem Madarę.
— Wyjaśnij — rzuciła cicho przez zaciśnięte gardło.
— Pracuję dla Tsunade, wykonuję jej rozkazy.
— Jak my wszyscy — burknęła, ale wzrok Sasuke diametralnie sprowadził ją na ziemię. Skrzyżowała ręce na klatce piersiowej i zmarszczyła czoło. — Chcesz mi powiedzieć, że to ona pragnie wepchnąć cię do rodziny Akatsuki? — Mężczyzna niepewnie skinął głową, wtrącając jakieś krótkie zdanie, którego nie pozwoliła mu dokończyć. — Co za absurd! Niby po co?
Komisarz nie wiedział, czy miał się śmiać, czy płakać. Jedyną ewentualnością, dobrą dla niej, było odwrócenie się na pięcie i pójście w swoją stronę. Chociaż wciąż był zawieszony w wykonywaniu swojego zawodu, mógł już opuszczać granice miasta. Zresztą, Tsunade postarała się, by Sasuke nie musiał się tym wszystkim przejmować. Ich najważniejszym zadaniem była mafia i to ona miała zostać priorytetem w życiu mężczyzny. Nie liczyły się uczucia, przyjaźnie, związki, zobowiązania. Jako wyszkolony tajniak, a zarazem najlepszy policjant, musiał skupić się na prawdziwym zagrożeniu. W końcu kobiet mógł mieć wiele, twarzy również.
Problemem był jednak fakt, że pragnął mieć tylko ją.
— By ich zlikwidować — odparł po chwili dłuższej ciszy, uważnie lustrując zmianę mimiki na kobiecej twarzy. Z żalem stwierdził, że wyrażała jeszcze większą nienawiść niż dotychczas.
— I naraża ciebie, bo…?
Instynktownie spojrzał na swoje lewe ramię, nieco zakrwawione i brudne. Rozcięty fragment materiału odsłaniał czarny, mały tatuaż. Sakura zmrużyła dziko oczy, a gdy dotarło do niej, co chciał jej tym przekazać, oniemiała.
— Pracujesz dla ANBU — szepnęła słabym głosem, zasłaniając usta dłonią.
Sasuke uśmiechnął się cierpko, jakoby piętno służenia organizacji odbijało się na nim zawsze i już zawsze miało go prześladować.
— Od lat.
Długo wpatrywała się w jego lekko przygarbioną sylwetkę i spuszczony wzrok. Gdy przykrył tatuaż ręką, przez jeden słaby moment było jej go żal. Jednakże nieszczerość zdenerwowała ją bardziej, aniżeli zatajenie faktów i ich przykre konsekwencje, które z pewnością dotknęły Sasuke.
— Kolejne kłamstwa… — powiedziała, odciągając dłoń od ust. Oczy zaszkliły się, gotowe wypuścić trochę słonych łez. Potrząsnęła energicznie głową i wsunąwszy palce we włosy, wbiła wzrok w mokrą, spękaną jezdnię. — Nie wierzę… — mruknęła oszołomiona. — Znowu mnie okłamałeś. Znowu nie powiedziałeś mi całej prawdy… i ty oczekujesz ode mnie, że ci uwierzę? Kłamca! Pieprzony, egoistyczny kłamca!
— Nie mogłem ci powiedzieć, to było… jest ściśle tajne.
Zaśmiała się krótko i wbiła w niego nienawistne spojrzenie. Prychnęła, już teraz do cna rozżalona. Nie wierzyła własnym uszom i choć z trudem powstrzymywała się od złośliwych komentarzy, pewna myśl musiała ujść z jej ust, inaczej mogłaby tego nie udźwignąć.
— Jeśli się komuś ufa, jeśli chce zbudować się związek — kilka łez spłynęło po jej policzkach — nie okłamuje się tej drugiej osoby. Inaczej żadne uczucie nie pomoże.
Bolało. Tak samo jak łzy, które obserwował z żalem. Pękło mu serce na drobne kawałki. Właśnie tego najbardziej się obawiał — że go znienawidzi. Długo odtrącał uczucia, długo próbował zepchnąć to wszystko na dalszy plan, ale nie potrafił. Za bardzo potrzebował wsparcia, wzajemnego oddania. Nosił to w sobie te dwa lata, gotowy do poświęceń, sam niechybnie posłał ją w ręce swojego przyjaciela, a wieść o ich zaręczynach szczerze poszarpała jego duszę. Jedynie w tym wszystkim chciał dla niej jak najlepiej. Jako ktoś, kto miał współpracować z mafią, wolał pozostawić wszystkich bliskich za sobą.
Cholerny egoizm to skomplikował.
Naraził ją na niebezpieczeństwo i Obito wyraźnie zaakcentował swoje słowa, które choć wypowiedziane do jego osoby, kryły w sobie o wiele głębszą groźbę. Wystarczył jeden zły krok, by wydało się, że tak naprawdę jego celem nie było zniszczenie do cna policji w Kioto a zlikwidowanie mafii raz na zawsze. Miał wyciąć ich wszystkich w pień, wsadzić do więzienia, bądź pozbyć się nieodwracalnie w zależności od sytuacji, w zależności od tego, jak bardzo tego dnia narazi swoje życie.
Nie mógł zatem pozwolić, by i ona została w to zamieszana, mimo że już właściwie wiedziała wszystko, słyszała rozmowę z mafią, wysłuchała wyjaśnień Sasuke. Dlatego wiedział, że nie mógłby zrobić nic więcej. Musiał pozwolić tej kłótni płynąć. Musiał przystać na jej nienawiść i m u s i a ł pozwolić jej odejść. Dla dobra kobiety, którą w końcu kochał.  
Chciał do niej podejść, dwa kroki jednak starczyły, by zrozumiał, że nie powinien się zbliżać. Przestrach w jej oczach, gdy analizowała ślady krwi na jego twarzy i stanowczy krok w tył, uświadomiły mu, jak bardzo był skończony.
— Nigdy więcej żadnych kłamstw.
Skinął głową, jakby potwierdzając i składając niemą obietnicę.
— Nigdy, Sasuke.
Błyskawica przecięła niebo i w tej jasności wyraźnie ujrzał łzy na kobiecych policzkach. Łzy bólu, rozpaczy i rozczarowania.
N i g d y.
Odwróciła wzrok i cierpliwie czekała. Sasuke zawahał się, ale uznał, że żadna jego reakcja nie będzie stosowna. Poza tym musiał ją chronić i jeżeli ona dawała mu wolną rękę, nie zamierzał z tego rezygnować. Miał zadanie do wykonania, najważniejszą misję na świecie, Sakura w tym czasie powinna się skupić na grasującym mordercy; mordercy, którego tożsamość została ukryta przed samą mafią, skoro jawnie nie przyznawali się do popełnianych przestępstw. Przypadek ten kwalifikował śledztwo na najwyższy szczebel zagrożenia i to również nie podobało się komisarzowi. Żadna z perspektyw — walka przeciwko mafii czy seryjnemu, nieobliczalnemu mordercy z zaburzeniami — nie wydawała się dobra ani nawet lepsza.
Potakiwał głową, zagryzając policzki od środka. Wpatrywał się w nią uważnie, ostatni raz zapamiętując cały ten obraz. Zmierzwił włosy palcami i już miał się odwrócić, gdy coś go tknęło, by na nią spojrzeć. Jednakże nie zrobił tego, po prostu zatrzymał się jak w transie i stał tak przez chwilę.
Nie ryzykował w obawie, że ujrzy w jej oczach błaganie, by został. Zostałby, to oczywiste, ale nie mógł. Musiał zapewnić jej bezpieczeństwo, nie mógłby pozwolić, by cokolwiek się stało. Mafia była niebezpieczna i słowna. Nie zamierzał sprawdzać, jak bardzo.
Z trudem powstrzymywał łzy cisnące się do oczu. Powoli odwrócił się na pięcie i stał tak przez chwilę. Ramiona zaczęły drżeć, z nieba sączyła się delikatna mżawka. Grzmot z oddali zadudnił w okolicy. Sasuke płakał i długo próbował wziąć się w garść. Rozpacz po stracie Shikamaru, po stracie jedynej kobiety, którą darzył uczuciem rozrywała jego duszę na kawałki.
Pociągnął nosem i ruszył przed siebie chwiejnym krokiem. Odchodził pewien swojej decyzji, rozdarty do cna. To był koniec. Koniec czegoś, co nawet dobrze się nie zaczęło. Nie mógł jednak jej stracić, nie potrafił.
W oczach Sakury kryła się nadzieja, że nie odejdzie, ale on postanowił tego nie robić. Nie chciał widzieć tego spojrzenia, które błagalnie pragnęło zatrzymać go przy sobie. Chociaż trochę się go bała i wciąż zbyt wiele nie rozumiała, kochała nad życie i nie mogła pogodzić się z myślą, że po prostu odejdzie.
Wpatrywała się w jego plecy, które zaczęły zanikać w narastającej fali deszczu. Cicho szepnęła jego imię i ponownie zalała się łzami.
Odszedł. Po prostu odszedł.
— Sasuke! — zawołała w końcu. Nie mogła przecież na to pozwolić.
Zatrzymał się, ale nie odwrócił. Zawołała raz jeszcze, jednakże nawet na nią nie spojrzał. W końcu zebrała się w sobie i w tnącym deszczu, zerwała się do biegu. Z hukiem uderzyła o jego plecy, oplatając dłonie wokół jego tali, układając drżące i zimne ręce na jego klatce piersiowej, która unosiła się nazbyt szybko, za szybko.
— Nie pozwolę. Nigdy.
Zwiesił głowę.
Nigdy miało nie nadejść. Nigdy było kluczem.
Odwrócił się do niej, gdy tylko zwolniła ucisk. Uniósł kciukiem jej brodę i hardo spojrzał w  te zielone, smutne oczy. W milczeniu przyglądali się sobie, oboje zalani łzami. Ten moment wystarczył, by Sasuke w końcu wpił się czule w jej usta i nie pozwolił na dech.
Był słaby. Wiedział o tym aż za dobrze, ale nie potrafił inaczej.
Ona była jego słabością. Największą od ponad dwóch lat. Dwóch długich, pełnych cierpienia lat.
           
           
Od godziny był na lekkim haju. Zdenerwowanie dawało o sobie znać, więc musiał zażyć coś, co chociaż na chwilę pozwoliłoby mu odetchnąć. Haszysz możliwe iż nie był najlepszy rozwiązaniem, ale jedynym, jaki udało mu się dostać w górach po znajomości.
Karin wyszła jakiś czas temu, pijana w sztos. Właściwie to została wyrzucona przez samego gospodarza, gdy stwierdził, że już więcej jej dzisiaj nie potrzebuje. Obrażona, i wszakże pijana, opuściła mieszkanie architekta, zatrzaskując za sobą drzwi.
Hiro zapijał dziwny smutek po stracie Sakury. Mimo że nie darzył tej kobiety miłością, przyzwyczaił się do myśli posiadania kogoś takiego jak ona. To, że zdradzał ją notorycznie na boku z własną asystentką, rzecz jasna wcale go nie usprawiedliwiało, ale sam sobie tłumaczył, że tego potrzebował. Haruno była zbyt zajęta pracą, a później samym Uchihą, że w końcu znalazł sobie kogoś, kto miał dla niego czas. Plan upokorzenia Sasuke był bardzo prosty; młody barman miał tylko podrzucić mu narkotyki, by w świat poszła plotka, iż szanowany komisarz Kioto dealuje w mieście. Jak bardzo się zdenerwował, kiedy misterny plan spalił na panewce. Jednakże rozczarowanie zrekompensowało mu oskarżenie Sasuke o zabójstwo generalnego inspektora. To dopiero było coś.
Zerknął na biały proszek na stole. Nie było tego wiele, ale w połączeniu z alkoholem i innymi substancjami, mogło okazać się nawet zabójcze. Niechętnie zmarszczył nos, trochę jakby obrzydzony. Nigdy nie szczędził sobie różnych używek, ale skrzętnie potrafił to utrzymać w tajemnicy. A bez nadzoru Sakury, mógł sobie pozwolić na cudowne chwile w świecie wyimaginowanym, kolorowym i tylko z pozoru bezpiecznym.
Było dosyć późno i nim zorientował się, która godzina, zegar wybił północ, a do drzwi ktoś zapukał. Początkowo nie zareagował. Przekrwione, niewidzące oczy błądziły gdzieś po podłodze zawalonej butelkami i papierosami.
— Spierdalaj — mruknął pod nosem.
Pukanie jednak narastało, zaczynało być denerwujące. Przez moment nawet zlało się w jeden głuchy łomot wraz z grzmotem, który dudniącym echem zabrzmiał w okolicy. Potem na moment błysnęło i Hiro spojrzał na drzwi z gęsią skórką na plecach.
Pociągnął nosem i człapiąc nogami, mrugając niemrawo oczami, podszedł w końcu do drzwi, wciąż drąc się, by gość po drugiej stronie w końcu się uspokoił, a najlepiej spierdalał.
Sekundy jakby zwolniły, czas mógłby się nawet zatrzymać. Powietrze wydawało się gęstsze, cięższe. Znikąd wyłaniała się woń śmierci.
Hiro otworzył drzwi i od tamtej pory bardzo tego żałował.




Nobie says: Przepraszam, że tak późno. W nagrodę ten rozdział ma… 21 stron… Uznajmy to za przerwę w sezonie, w sensie tak długą zwłokę. Postaram się teraz pisać trochę częściej, bez takich przerw. W ogóle znowu zaczęłam więcej czytać i znowu o wiele łatwiej mi się pisało. Kurczę, początkujący pisarze, spory apel do Was: czytajcie dużo!!! Ktoś mądry powiedział, że należy w życiu przeczytać wiele (powiedziałabym nawet, że ogrom) książek, by być dobrym, naprawdę dobrym pisarzem. To prawda. Wprawdzie nie mam zbyt wiele czasu na pisanie i czytanie, a ostatnio jedną książkę męczyłam całe dwa miesiące. JEDNĄ. DWA MIESIĄCE. U mnie to nieprawdopodobne i niedopuszczalne. Praca odbiera mi czas na tą cudowną przyjemność, ale kiedy w końcu udaję mi się znaleźć kilka minut (często również w pracy, kiedy ruch jest słabszy, to siedzę w kącie i czytam coś, co mamy w asortymencie, co akurat mi się nawinęło) to potem, gdy mam pisać, czuję ten flow. Stęskniłam się za Perfidią tak w ogóle. Rozmawiając o tej powieści z Blue, zrozumiałam, jak bardzo ją kocham (i Perfidię, i Blue, a jakże). Co myślicie zatem o piętnastce? Była przełomowa? I co z SasuSaku?! Ci, co śledzą moją twórczość dłużej, wiedzą, jak bardzo uwielbiam mieszać, dlatego ostrzegam tych nowszych: wszystko się może zdarzyć, huehue. Do zobaczenia niedługo <3