Music

16 października 2017

17. Masz krew na rękach

Nim przejdziemy do rozdziału, chciałabym tylko podziękować trzem osobom za to, że mimo mojej długiej nieobecności zawsze dawały mi znać o tym, iż czekają. Próbowały przynajmniej jakoś to pokazać i tak naprawdę ten rozdział zawdzięczacie temu cudownemu trio. Ginny, Yorumi i Kas. Moje perełki, siedemnastka pojawiła się tylko dzięki Wam i to właśnie Wam ją dedykuję.



Hidan należał do osób, które nie lubiły skupiać wokół siebie zbyt dużej uwagi. Był typem wnikliwego obserwatora i słuchacza. Rzadko kiedy zdarzało mu się stracić rezon. Możliwe iż swoje opanowanie zawdzięczał Obito, pod którego okiem dorastał i wchodził w rodzinne, mafijne interesy coraz głębiej. Nie przejął jednak maniakalnej strony Ojca, dzięki czemu ludziom było łatwiej mu zaufać.
I właśnie to doprowadziło Sasuke do rozpaczliwej sytuacji.
Podjeżdżając pod dom matki, odniósł dziwne wrażenie, że już coś podobnego miało miejsce. Wewnętrzny strach zaczynał dawać o sobie znać i dziwnie znajomy samochód stojący na krawężniku kilka metrów dalej zmuszał serce do szybszego pompowania krwi.  
Czarny mercedes lśnił w deszczu. Perfidia chowała się w cieniu i żałośnie skamlała.
Wysiadł z auta i zatrzasnął drzwiczki z głuchym jękiem. Siły wydawały się go opuścić w najmniej oczekiwanym momencie. Poczuł się dziwnie słaby, wykończony tym szaleńczym tygodniem, który ciągnął za sobą tylko krwawe ślady. Westchnąwszy przeciągle, włożył rękę w lewą kieszeń spodni w poszukiwaniu paczki papierosów, która okazała się pusta. Wściekle cisnął nią w przednią szybę. Papierowe pudełko wydało głuchy dźwięk i z plaskiem wpadło do kałuży obok, ówcześnie ześlizgując się z mokrego szkła i równie mokrej maski samochodu.
Sasuke potrząsnął głową. Mokre włosy zdążyły już mocno przylgnąć do jego czoła i karku, dlatego nerwowo zmierzwił je ruchem dłoni i zastygł w bezruchu. Nim zorientował się, że ktoś cały czas obserwował go zza okna w domu matki, ów osobnik zdążył już zagrzać ciepłe miejsce w fotelu przy zapalonej lampce. Komisarz zebrał się w sobie i podszedł do drzwi.
Nim zapukał, dźwięk przekręcanego zamka przeszył go od stóp do głów. W progu stanęła drobna, niższa od niego kobieta w eleganckiej, czarnej sukience i spiętych w luźny warkocz włosach sięgających do pasa. Kare, duże oczy spoczęły na nim i Sasuke poczuł jak osuwa się grunt pod nogami. Matka znowu promieniała, jak za czasów, gdy ojciec jeszcze żył. Była odmieniona, nie taka, jaką pamiętał jeszcze kilka tygodni temu. Wtedy też poczuł ukłucie żalu. Tak długo jej nie odwiedzał, nie dzwonił. Jakby zapominając o jej istnieniu. Tak wiele jego spraw pochłonęło czas, który mógłby chociaż w jakiejś części poświęcić jej.
— Mamo — wychrypiał i to było wszystko, co mógł powiedzieć. Mikoto uśmiechnęła się szczerze i rozpłakała, gdy Sasuke przytulił ją tak mocno, że omal nie złamał jej kości. Przylgnął do kobiety, czując to matczyne ciepło, które zawsze podnosiło go na duchu. — Mamo, tak się cieszę.
Płakał.
— Synku, już dobrze — szeptała, głaszcząc go po głowie. — Już dobrze, wróciłam. Ty też wróciłeś. Wszystko jest dobrze.
Spojrzał na nią, nie wstydząc się swoich łez. Przez moment poczuł się tak szczęśliwy, znów mogąc usłyszeć jej ciepły głos, który kiedyś opowiadał historie na dobranoc. Gdy Mikoto opuszkami palców wytarła jego łzy, uśmiechnął się ciepło i ucałował kobiece czoło z czułością. Ten zapach był oazą spokoju, ten dotyk był bezpieczeństwem.
— To niesamowite, jak silną więź można mieć z dziećmi.
Sasuke zamarł. Poczuł, jak włosy stają mu dęba na całym ciele. Odsunął się od matki i odruchowo złapał ją za przegub lewej dłoni, przyciągając do siebie, niemalże jak w geście obronnym, ale Mikoto zdążyła się wyrwać i stanąć pomiędzy nim a gościem, który w ciszy przyglądał im się z drugiego pokoju.
— Synu — zaczęła wesoło — poznaj, proszę, człowieka, który pomógł mi odzyskać głos— powiedziała tonem pełnym szczęścia i ulgi. — Doktor Hidan Terasoma.
Uchiha spojrzał na gościa, który właśnie z gracją podnosił się z fotela, wcześniej odłożywszy na szklany stolik filiżankę wciąż gorącej herbaty. Doktor z uśmiechem podszedł do Sasuke i wyciągnął dłoń, której nie zamierzał potrząsnąć.
— Co on tu robi? — spytał przez zęby, nie spuszczając z oczu wciąż uśmiechniętego Hidana. Jego garnitur leżał na nim idealnie, wypolerowane buty jak zawsze lśniły w świetle, srebrny zegarek na nadgarstku wskazywał wpół do siódmej, a idealnie zaczesane do tyłu szare włosy nie poruszyły się nawet o milimetr.
— Nie bądź nieuprzejmy — upomniała go cicho matka i mocno zacisnęła nadgarstek jego dłoni, nakierowując go w stronę gościa. — Pan doktor wpadł na herbatę, by sprawdzić jak się miewam. — W ostatnich trzech słowach zawarła tyle goryczy, że Sasuke poczuł ogromne ukłucie żalu.
Nie chcąc zatem zdradzać znajomości z tymże człowiekiem, Uchiha wyciągnął dłoń, którą Hidan pewnie i mocno uścisnął. Tak mocno, że Sasuke na moment się skrzywił i poczuł wyzwanie, które mafiozo mu rzucił.
— Bardzo miło mi poznać. Mikoto dużo o panu opowiadała — powiedział uprzejmym tonem, ale jego oczy zdradzały istną kpinę. Nawet nie mrugnął, wypowiadając te słowa i Sauske z trudem wytrzymał spojrzenie i miażdżący uścisk dłoni. — Podobno bardzo przypomina pan ojca.
Komisarz zacisnął mocniej szczękę, uściskiem dłoni również zdradzając wszystkie swoje emocje, które tak bardzo chciał ukryć. Wychwycił szyderczy uśmieszek na twarzy Hidana, który pojawił się na sekundę i wyrwawszy dłoń, spojrzał na matkę.
— Przecież miałaś przydzielonego innego lekarza — charknął Sasuke i uważnie lustrował wzrokiem Hidana, który kokieteryjnie uśmiechał się do Mikoto, a ona — ku jego niedowierzaniu — odpowiadała tym samym. — Co się stało?
— Pan Misha był miły i cierpliwy, ale… jego wizyty nie przyniosły rezultatów. — Hidan wciąż się uśmiechał, a Sasuke zaciskał pięści i tłumił chęć obicia mu twarzy właśnie w tym momencie. Słuchał jednak matki, która wydawała się nie wyczuwać tego napięcia. — Poszukałam trochę w Internecie i przypadkiem znalazłam forum, na którym bardzo polecano pana doktora Terasoma. Pomyślałam, że warto napisać i umówić się na pierwszą wizytę. Chciałam jedynie spróbować, naprawdę pragnęłam odzyskać głos…
Przypadkiem... pomyślał Sasuke z niesmakiem. Ładny mi przypadek.
— Mikoto była tak zdeterminowana — podjął się kontynuacji Hidan, a Sasuke na brzmienie jego głosu jeszcze mocniej zacisnął pięść — że w przeciągu tygodnia już zaczynała wypowiadać pojedyncze słowa! Niesamowita kobieta.
Mikoto zachichotała jak nastolatka, a Hidan uraczył ją dziwnie czułym spojrzeniem.
— Proszę, usiądźmy przy stole. Przygotowałam pyszną kolację.
Sasuke nie potrafił odmówić, ale jednak nie ruszył się z miejsca. Gdy tylko matka zniknęła za drzwiami w kuchni, komisarz nie wytrzymał.
— Co ty tu, kurwa, robisz?
— Przecież słyszałeś — odparł spokojnie i usiadł przy stole. — Leczę twoją matkę.
— Nie pierdol — warknął w jego stronę i wychwycił uśmiech na twarzy mężczyzny. — Co to za gierki?
Do salonu wpadła Mikoto z miska sałaty i pomidorów. Uśmiechała się od ucha do ucha. Sasuke miał nieodparte wrażenie, że Hidan działał na nią zbyt dobrze i to bardzo mu się nie spodobało.
— Wszystko w porządku, panowie? — spytała z troską, widząc ich miny, ale Terasoma już posłał jej zabójczy uśmiech i zapewnił ją, że właśnie znaleźli wspólny temat i naprawdę dobrze im się rozmawia. — Kamień z serca… bo, Sasuke… jest coś, co jeszcze muszę ci powiedzieć.
Kolana się pod nim ugięły.
— Hidan i ja, cóż… — jąkała się, nie wiedziała, jak złożyć słowa w sensowne zdanie i wtedy Tereasoma sięgnął jej dłoni, ścisnął mocno i dokończył za nią.
— Jakoś tak wyszło, że zakochaliśmy się w sobie.
Sasuke patrzył i nie dowierzał. Patrzył i coraz bardziej się załamywał. Mikoto wyglądała na taką szczęśliwą, a Hidan, patrząc na nią, wydawał się być szczery. Wtedy jednak spojrzenie przerzucał na Sasuke i czar prysł.
— Ty sukinsynu — warknął Uchiha i ruszył ku niemu. Matka krzyknęła, a Hidan posłał mu kpiący uśmiech. Nie bronił się, gdy prawy sierpowy uderzył go w nos.
Cios za ciosem się powtarzał, ale Hidan udawał niewiniątko. Tylko raz się na niego zamachnął, odepchnął go we własnej obronie i przeklął pod nosem. Mikoto krzyknęła, aby przestali.
— Nie możesz mu ufać! — wrzasnął Sasuke, dysząc z wściekłości. — To przestępca!
— Jedyny przestępca, jakiego widzę… — zaczęła spokojnie, łapiąc się kurczowo ramienia mafioso — to ty.
Zabolało.
— Wynoś się z mojego domu — warknęła.
Zabolało podwójnie. Widok troszczącej się matki o Hidana i jego skaleczenia wprawiała go w furię, którą z trudem starał się okiełznać.
— Nie wiesz, co robisz…
— Wynocha!
Nie wahał się ani przez chwilę. Wyszedł, trzaskając drzwiami. Na zewnątrz lało jak cebra. Sasuke, nie przejmując się tym tak bardzo, podszedł do samochodu, ale zaraz zawrócił i stanął na ganku. Chciał zapalić, ale znowu zapomniał, że właśnie skończyły mu się fajki. Przeklął pod nosem.
Rozbrzmiał telefon. Gdyby nie wibracja, nawet nie zwróciłby na to uwagi. Spojrzał na wyświetlacz i przeklął jeszcze głośniej. Dzwoniła Sakura. Obiecał się z nią spotkać dzisiaj wieczorem, a tymczasem zajął się czymś zupełnie innym, acz równie ważnym. Nie wiedział, jak mógłby się z tego wyplątać, więc tylko westchnął.
— Sakura, przepraszam, ja…
— Wszystko wiem — przerwała mu chłodno. — Już do ciebie jadę.
— Skąd…?
— Zapomniałeś już, że jestem najlepszym detektywem w mieście?
Zaśmiał się słabo, ona również.
— I tak wracam już do domu — odparł po chwili cicho.
— Stało się coś?
— I tak nie uwierzysz… — Drzwi za nim otworzyły się. Odruchowo obejrzał się przez ramię i zamarł. W progu krótkim cmoknięciem żegnali się Mikoto i Hidan. Matka, dzięki Bogu, nie spostrzegła Sasuke albo tylko udawała, bo zaraz zniknęła. Terasoma za to uraczył go tak perfidnym i zimnym uśmiechem, że komisarz struchlał. Oczekiwał ataku, ale Hidan jedynie ponownie przyłożył chusteczkę do tonącego we krwi nosa i wyminął go spokojnie, jak gdyby nigdy nic. Już miał rozłączyć się z zaniepokojoną Sakurą, gdy Hidan rzucił coś w jego stronę. Coś, co przyprawiało o białą gorączkę.
— Mam nadzieję, że ukochana jest dobrym kierowcą. Brak hamulców może nawet… zabić.
Wsiadł do auta i odpalił silnik. Lada moment odjechał, a Sasuke zaczął myśleć tak gorączkowo, że omal się nie zapowietrzył. Przypomniał sobie o Sakurze, która nawoływała go przez telefon.
— Sprawdź hamulce — zażądał natychmiast.
Słucham?
— Spróbuj zahamować, proszę. — Podchodził do samochodu, gdy Sakura oznajmiła, że już podjeżdża, ale w słuchawce zaraz rozległ się lekko spanikowany głos detektyw i Sasuke widział, jak auto kobiety przejeżdża dalej. — Sakura!
Hamulce nie działają — powiedziała szybko. — Sasuke…
— Już za tobą jadę, nie panikuj — poprosił i odpalił silnik. Nie zapinając pasów i ustawiając telefon na fotelu obok, włączył głośnomówiący i ruszył w ślad za kobietą. — Spróbuj chociaż troszkę zwolnić.
Sasuke… — dopiero teraz usłyszał strach w jej głosie. — Wskaźnik wariuje, zwiększa się prędkość, kiedy nawet nie naciskam pedału gazu.
Sukinsyn, pomyślał z goryczą komisarz, uderzając w kierownicę pięścią.
Utrzymując kontakt z Sakurą przez telefon, starał się w jakikolwiek sposób ją wesprzeć. Próbował robić za osobistego GPSa, prosił, aby wciąż mówiła mu, co dzieje się z samochodem, gdzie jest. Okazało się, że nic już nie działało, a samochód po prostu pruł przed siebie z rosnącą prędkością.
Gdy w końcu ją dogonił, znikąd wyłoniło się auto Hidana, które z impetem pędziło w stronę Sakury. Wtedy w przeciągu sekundy wydarzyły się trzy rzeczy.
Sasuke stracił panowanie nad kierownicą i zaczął ostro hamować, widząc sytuację przed sobą i słysząc przerażający krzyk Sakury, który na moment niemal wstrzymał jego serce.
Auto Hidana uderzyło z hukiem w lewy bok samochodu Sakury, tym samym spychając je prosto w linię drzew. Osobówka dachowała bez końca, prędkość wreszcie spadła, ale Hidan nie spuszczał z tonu, wciąż cisnąc gaz. Samochód uderzył przodem w drzewo, a gałęzie wbiły się w okna. Po chwili czarny mercedes zaczął cofać i na nowo wjechał na pustą drogę. Terasoma wtedy wyszedł na zewnątrz i z perfidnym uśmiechem na ustach kierował się w stronę Sasuke, który już wybiegał mu naprzeciw.
Uniknął pierwszego ciosu, ale drugiego się nie spodziewał. Nikt nie byłby gotowy na atak z kastetu . Skulił się i czekając na kolejny atak, uśmiechnął pod nosem. Nic się jednak nie wydarzyło.
— To ma być ostrzeżenie, Uchiha — usłyszał nad głową. Wyraz twarzy Hidana nagle się zmienił, spoważniał i nie było mu już do śmiechu. — Drugiego nie będzie. Po prostu twoją lalę zabiję. Zgwałcę na twoich oczach i zabiję.
Zamilkł przy uderzeniu w zęby. Zachwiał się do tyłu i posłał Sasuke obrzydliwy uśmiech. Z ust pociekła krew, a komisarz buchał złością.
— Nic nie jesteś w stanie mi udowodnić — odparował w odwecie. — Nic na mnie nie masz.
— Jeszcze — zaakcentował to mocno i wyraźnie, spluwając krwistą flegmą na asfalt — nic na ciebie nie mam. Wiem jednak, że twoja panna wie więcej niż ci się wydaje, a to mogę wykorzystać przeciwko tobie. Dwie pieczenie na jednym ogniu.
— I tak otwarcie mi to mówisz, żebym się przygotował?
— Nie — parsknął. — Bynajmniej. Mówię, abyś zrozumiał, że gra, którą toczysz może skrzywdzić też ciebie i wszystkich tych, których kochasz.
Przypomniał sobie uśmiechniętą Mikoto i spojrzenia, które posyłała Hidanowi, do cna nim zauroczona. Zrzedła mu mina.
— Obito prędzej czy później się dowie, daj mi tylko czas albo… — Zerknął przez ramię na samochód Sakury, a Sasuke odruchowo ruszył ku niemu. Zatrzymał się jednak w pół kroku, gdy ten znowu na niego spojrzał i uśmiechnął się szeroko. — Albo wróć na prawidłową ścieżkę i nie dawaj mi więcej powodów, abym ci nie ufał.
Uchiha chciał pozwolić mu odejść, naprawdę chciał, ale zrezygnował z tego miłosierdzia. Gdy mafioso się odwracał, Sasuke ruszył na niego z krótkim okrzykiem i powalił go na ziemię. Przez dłuższą chwilę turlali się po mokrej jezdni, próbując dominować. Na początku komisarz zyskał przewagę i nie szczędził ciosów na twarzy Hidana, który w końcu odepchnął rywala od siebie i sturlał się dalej. Mocno zacisnąwszy palce, upewnił się, że kastet znajduje się na miejscu i kiedy Sasuke się podnosił, zaskoczył go uderzeniem w szczękę metalowym narzędziem. Komisarz upadł, a Hidan złapał go za kołnierz i podniósł na wysokość swoich oczu.
— Chyba dobrze by było, gdybyś w końcu udał się na miejsce przestępstwa i zrozumiał, że wcale — tutaj zaakcentował to słowo tak wyraźnie, niemal zapominając o oddychaniu; tylko szyderczy uśmiech nie zmienił swego położenia — a wcale nie jesteś taki jak myślisz. Wręcz przeciwnie. — Puścił  w końcu kołnierz jego bluzy i odsunął się z wyraźną satysfakcją. Ton jego głosu nabrał jednak powagi. Sasuke podparł się dłońmi o mokry asfalt i uniósł wysoko brodę. Krew cieknąca z prawego łuku brwiowego w końcu wpadła do oka i spłynęła po policzku, znacząc długi szlak aż po szyję. — Jesteś taki sam jak my, Sasuke Uchiha.
Aluzja, jaką rzucił, wbiła komisarza w ziemię. Milcząc, odprowadził wzrokiem Hidana kierującego się do auta. Ostatnie spojrzenie zdradzało coś, czego nikt za żadne skarby świata nie chciałby odkryć.
Mafioso pomachał Sasuke na pożegnanie, by po chwili ze śmiechem pokazać mu środkowy palec i zniknąć w aucie, które odjechało z piskiem opon, wymijając kucającego na drodze komisarza. Poczucie strachu na moment zmroziło zmysły. Jednakże kałuża, w którą wjechał samochód, otrzeźwiła go w przeciągu kilku sekund.
— Kurwa! — wrzasnął, dygocąc z zimna.
— Sasuke. — Usłyszał słaby głos za sobą i zapomniał o wszystkim. W ułamku sekundy znalazł się przy Sakurze, która jakimś cudem wyczłapała się z samochodu i upadła z hukiem na mokry asfalt. Była blada i we krwi. — Chyba się porzygam…
Przytrzymał ją, gdy próbowała wstać, ale natychmiast się zachwiała. Zaczęła narzekać na potworny ból głowy. Nic dziwnego, uderzyła z impetem w drzewo, które zmiażdżyło maskę i skruszyło przednią szybę, której pozostałości miała wbite w skórę dłoni i prawy policzek. Gałąź, całe szczęście, nie przecięła nic poza czołem; mogła wbić się w oko. Mimo że utraciła przytomność w trakcie uderzenia — głowa z łomotem spotkała się z deską rozdzielczą — to udało jej się odzyskać świadomość i wydostać z samochodu. Drzwi nie były zakleszczone, jedynie ucierpiał przód, który wyglądał tragicznie, dlatego Sasuke dziękował niebiosom, że Sakura wyszła z tego bez większego szwanku. Mogła doznać wstrząśnienia mózgu, ale poza tym była cała.
— Zawiozę cię do szpitala — wychrypiał, ale Haruno jęknęła coś niezrozumiale i pochyliła się, wymiotując. — Albo zadzwonię po pogotowie.
— Nie… — przetarła usta wierzchem poharatanej dłoni. — To ich sprawka, prawda?
Spojrzał na nią, ale nie odpowiedział. Milczenie było jednoznaczne i Sakura pojęła to bardzo szybko. Podniosła się z trudem, trzymając kurczowo ramienia Sasuke.
— Teraz już rozumiem.
Nie powiedziała dokładnie, co przez to zrozumiała i nie zamierzała tego w żaden sposób objaśniać, a Sasuke nie czuł potrzeby, by tego się dowiedzieć. Nie pytał nawet, skąd wiedziała, gdzie go szukać, nie próbował nawet przepraszać za zmianę planów.
— Jedziemy do szpitala — powiedział chłodno i wziął Sakurę na ręce bez żadnego uprzedzenia. Nie czuł jej ciepła, kobieta drżała z zimna. Nie tracąc więcej czasu, skierował się do swojego samochodu i robił wszystko, by Sakura nie zasnęła. Poczuł się jak wtedy, gdy omal nie umarła na jednej z ich wspólnej misji. — Nie poddawaj się, mała. — Mruknęła coś w odpowiedzi, blada jak ściana. — Nie pozwolę, by znowu stała ci się jakakolwiek krzywda. Obiecuję.



Sakura wylądowała na ostrym dyżurze, prosząc, aby Sasuke jej nie zostawiał. Gdy ratownicy zabierali ją na noszach, szedł razem z nimi ramię w ramię, mocno ściskawszy kobiecą dłoń, która z sekundy na sekundę traciłą siły. Zielone oczy jednak na długo wbiły się w jego pamięć.
Całe szczęście skończyło się tylko na lekkim wstrząśnieniu mózgu i lekarze obiecali wypisać detektyw ze szpitala za kilka dni. Prosili jednak, ażeby się nie forsowała i najlepiej, aby wzięła urlop przynajmniej na tydzień. Sasuke wyśmiał starszego pana, ale nie powiedział dlaczego. Już oczami wyobraźni widział, jak Sakura rezygnuje ze sprawy tylko dlatego, że zderzyła się z drzewem i śmiercią w postaci mafioso. Na samą myśl aż zrobiło mu się gorzko w gardle.
Przyszedł do niej do pokoju szpitalnego i siedział na niewygodnym taborecie przez kilka godzin. Trzymał w ręku drobną, kobiecą dłoń, ciągle głaszcząc jej kłykcie palcami. Koniec końców tylko na nią patrzył, gdy spała. Zanim zasnęła poprosiła jedynie o to, by przy niej był. Nie zamierzał oponować.
Całe to wydarzenie, które miało miejsce, dało Sasuke porządnie do myślenia. W końcu zrozumiał, dlaczego Tsunade tak bardzo nalegała na zerwanie kontaktu z detektyw i mimo że zdawała sobie sprawę, ile to będzie go kosztowało, miała rację. We wszystkim. Sasuke nie mógł pozwolić, by taka sytuacja kiedykolwiek znowu się powtórzyła. Groźby Hidana były prawdziwe i możliwe do spełnienia, komisarz nie chciał, by kiedykolwiek weszły do życia. Choć było mu ciężko, musiał w końcu podjąć decyzję, której nie mógł żałować. Miał ważne zadanie do wypełnienia i nie było mowy o tym, aby zawalił. Jeżeli tak by się stało, ucierpieliby wszyscy, którzy przy tej sprawie współpracują, włącznie z Sasuke z kulką w łbie.
Patrzył na nią długo, powstrzymując łzy.
— To moja wina — szeptał pod nosem. — To ja cię w to wmieszałem. Ja i moja przeszłość. — Powstrzymywał łzy, gdy wstawał i puszczał jej dłoń. — To moja wina. — Cofał się po cichu, nie spuszczając z niej wzroku, chcąc pochłonąć ją w każdym calu, zapamiętać i mieć przy sobie w myślach w każdym, beznadziejnym momencie w życiu. — Przepraszam.
I wyszedł, by godzinę później znaleźć się w swoim tymczasowym miejscu na ziemi i zapaść się pod ziemię, we łzach i rozpaczy.
Leżał na policyjnej kanapie i nie mógł zasnąć. Od momentu, gdy stracił dom, a Sakura oficjalnie przeniosła się do rodziców, Sasuke zagrzewał miejsce w swoim starym pokoju, który dzielił z Kibą od dłuższego czasu. Tsunade zgodziłą się, by na jakiś czas tutaj został, póki ubezpieczyciel nie załatwi wszystkich spraw związanych z odzyskaniem utraconych pieniędzy i mieszkaniem zastępczym.
Leżał tak na niewygodnej, sprężynowej sofie pod starym kocem i nie mógł zasnąć już od dwóch godzin. Mimo że niechętnie opuścił szpital, żegnając się tym samym z Sakurą. Po głowie krążyły mu smętne myśli. Dziwne przebłyski wspomnień również nie dawały mu spokoju. Ta niewiedza zaczynała go coraz bardziej irytować.
Wróć na miejsce zbrodni, a zrozumiesz.
— Jasna cholera — syknął, zrywając się na równe nogi. Oblał go zimny pot, a żołądek ogarnęły mdłości. Prawie się przewrócił. Miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Rozbolała go głowa.
Przechodząc obok okna, coś podkusiło go, by przez nie wyjrzeć. Wydawało mu się, że czarny mercedes Hidana stał w rogu, a zza przedniej szyby patrzył na niego roześmiany od ucha do ucha mafioso. Prawdą było, że gdy zamrugał dwukrotnie, mara rozmyła się a na jej miejsce pojawiła się sylwetka inspektora, Madary Uchiha, który właśnie do niego pomachał.
— Co do… — Przetarł oczy i spojrzał na pusty parking.
Dokładnie w tamtym momencie coś go ruszyło.
Złapał kluczyki od samochodu, kurtkę i włożył ciężkie buty policyjne. Zgarnął też latarkę z szuflady biurka i opuścił pokój, komisariat w pośpiechu. Strażnik siedzący w kantorku omal nie dostał zawału, widząc jak komisarz wybiega z budynku. Podejrzliwie obserwował, jak wsiada do samochodu i z piskiem opon odjeżdża. Sięgnął po telefon, ale po chwili zrezygnował i wrócił do oglądania telewizji, nocnych informacji.
Zatrzymał się w cieniu wyłączonej latarni tuż przed domem Madary. Żółte taśmy blokowały przejście, miejsce zbrodni nie zostało jeszcze zamknięte i oficjalnie oddane, jedynie nieopodal stojący samochód zwiastował obserwujących, którzy najwidoczniej spali, bo nikt nie zatrzymał go w drodze do domu wuja.
Popchnął delikatnie drzwi i wszedł do środka. Spokojnie przeszedł korytarzem, by pojawić się w salonie, miejscu, gdzie cały ten koszmar się zaczął. Zbryzgana krwią ściana, brudna podłoga, mnóstwo taśm, numerków i śladów.
Rozbolała go głowa, ponownie poczuł mdłości. Czarne mroczki pojawiły się przed oczami. Coś nadchodziło i nim Sasuke zorientował się co, w porę oparł się plecami o ścianę, nerwowo się wentylując.



Siedziałem w barze i popijałem drinka. Ayumu dziwnie na mnie patrzył, prawdopodobnie sam stwierdził, że za dużo wypiłem. Miałem to gdzieś, machnąłem na niego ręką, gdy młodziak prawił mi kazanie. Jeszcze czego. Zerknąłem wściekle na telefon; Hiro mnie wystawił. To było do przewidzenia, nie wiem, czemu się łudziłem.
— Reszty nie trzeba — mruknąłem, rzucając pieniądze na blat. Ayumu coś do mnie mówił, ale ja tylko machałem na niego ręką i wygramoliłem się z baru.
Potykałem się o własne nogi, podpierałem ścian. Mijałem dziwki, dilerów i bezdomnych. Wszyscy mnie zaczepiali, ale ja każdego z osobna ignorowałem. Byłem wściekły. Wtedy ktoś zaatakował mnie od tyłu, poczułem jedynie mocne uderzenie w głowę i padłem jak długi. Ocknąłem się dopiero w czyimś aucie, tuż obok kogoś, kogo nie chciałem widzieć.
— Dobry wieczór.
Posłał mi szelmowski uśmiech. Zaraz obok ktoś mocno szarpnął mnie za ramię, próbowałem się wyrwać, ale strzykawka już wbiła się w skórę i ktoś właśnie wpuszczał mi narkotyk do krwi. Nagle się rozluźniłem.
— To dzisiaj? — spytałem. — To właśnie ten dzień, kiedy już przestanę oglądać się za siebie?
— Skądże — odparł Obito i posłał mi współczujące, tak mi się przynajmniej wydawało, spojrzenie. — Chcę tylko ci pomóc zrozumieć, kto tak naprawdę stoi za śmiercią twojego ojca, Sasuke. Niech to będzie rekompensata za… — udawał, że się zastanawia, by po chwili znowu się uśmiechnąć i musnąć mój policzek skórzaną rękawiczką — za wszystkie krzywdy, jakie ci wyrządziliśmy.
Chciałem coś odpowiedzieć, ale jedynie się skrzywiłem. Na moich kolanach nagle pojawiła się czarna teczka. To ona zmieniła całe moje życie.
— No dalej, otwórz! — Emocjonował się Obito.
Niepewnie uchyliłem rąbka tajemnicy, ale Uchiha już machnął ręką i otworzył teczkę za mnie. Moim oczom ukazały się zdjęcia, mnóstwo zdjęć. Tym samym zaszczepiono we mnie niedowierzanie i chęć zemsty.
Słodkiej i krwawej zemsty.
Wparowałem do jego mieszkania bez pukania. Wiedziałem, że będzie miał otwarte drzwi, prawie nigdy ich nie zamykał, jakby udowadniając innym, że niczego się nie boi. Taki już był, kiedyś go za to szanowałem, ale w tamtej chwili nienawidziłem z całego serca.
Siedział w fotelu i czytał gazetę, na mój widok jednak tak bardzo się zdziwił, że aż oblał się kawą. Kipiałem ze złości, burczałem coś pod nosem.
— Sasuke, co się stało? — spytał, a ja bez słowa podszedłem do niego i zerwałem go z fotela, ciągnąc za kołnierz koszuli. Uderzyłem go kilka razy w twarz, zamachnąłem się statuetką, którą zawsze trzymał na komodzie obok i patrzyłem z satysfakcją, jak krew cieknie mu po twarzy. Oddał mi kilkukrotnie, chcąc się tylko bronić. Czułem, jak po wardze cieknie mi krew. — Co ty wyrabiasz?!
Opamiętałem się na moment, by wzrokiem zlustrować pomieszczenie. Pistolet leżał na miejscu. Wyczuł moje intencje i w tym samym momencie rzucił się w jego stronę, byłem jednak szybszy. Już w niego wymierzyłem, trzęsąc się z ekscytacji i ze strachu.
— Zabiłeś mojego ojca — powtarzałem bez końca, machając przed nim bronią. Ciężko oddychałem, czułem, jak ogarnia mnie furia. — Był już blisko, by odkryć, kto przewodzi Akatsuki, a ty, tchórzu, schowałeś głowę w piasek i zleciłeś zabicie Fugaku Itachiemu! Posłuchał, bo miał cię za wzór, bo uważał, że działał w słusznej sprawie. Ty pierdolony zdrajco! Masz krew na rękach!
I wtedy Madara Uchiha zrozumiał.
— Obito cię przysłał.
— Nikt mnie nie przysłał! — wrzeszczałem, tocząc ślinę z ust. Byłem mokry od deszczu i potu. Byłem mokry od jego krwi. — Oni tylko mi pokazali prawdę.
— Zaszczuli cię.
Strzeliłem, celując w lewe ramię. Nie krzyknął, ale skrzywił się z bólu, mocno stojąc na nogach. Zamilkł, kiwając głową. Przyznał się, tak po prostu.
— Zabiłeś go.
— Nie mogłem pozwolić, by odkrył prawdę — powiedział jedynie.
— Nie musiałeś posyłać na niego Itachiego…
— Sasuke — szepnął. — Nie miałem innego wyjścia.
Dłoń mi zadrżała, ale nie pociągnąłem za spust. Może liczyłem na to, że Madara mi to jakoś sensownie wytłumaczy, ale on wydawał się nie widzieć w tym nic złego, niemalże sam pchał mnie ku przepaści, ku krawędzi. Byłem zdruzgotany, stłamszony, a on, patrząc mi w oczy, kompletnie się z tym nie krył. Był Ojcem Chrzestnym Akatsuki. To on to wszystko zaczął i pozwolił, by mój ojciec jak naiwny głupiec szedł w te brednie, którymi Madara go karmił. Powoli, krok po kroku, aż w końcu przestraszył się o własną reputację i posłał Fugaku do piachu. Wszystko po to, by uchronić siebie.
— Przepraszam — padło nagle z jego ust niczym pocisk, godząc mnie w najbardziej czuły punkt tego wieczoru.
To słowo było zapalnikiem. Słowo pełne kłamstw i niegodziwości. Słowo tak bardzo splamione ludzką krwią. Gdy to mówił, jego oczy błyszczały, a na ustach błąkał się słaby uśmiech. To było epicentrum moich wszystkich rozterek.
Pociągnąłem za spust. W tamtym momencie widziałem tylko oczy Madary, które nie wyrażały strachu, złości ani spokoju. Czaiło się w nich tylko zdziwienie, jakoby ludzie, którzy umierali, byli tylko zdziwienie, że to właśnie nadszedł ten czas i śmierć po nich przyszła. Kare tęczówki zgasły, ciało Madary upadło na fotel, a ja wypuściłem broń.
Zabiłem człowieka.
Nie każdy może powiedzieć coś takiego. Nie każdy może wpisać sobie takie osiągnięcie w CV. Nie, nie był to pierwszy raz. Zabijałem już wcześniej, na zlecenie, z rozkazu ANBU. Nigdy nie zabiłem człowieka w imię zemsty.
Zawyłem raz, drugi. Ogarnęła mnie dzika wściekłość. Nie chciałem tego, nie chciałem go zabić. Chciałem jedynie sprawiedliwości, nie zamierzałem jednak sam jej wymierzać.
Zakręciło mi się w głowie. Powstrzymałem wymioty, ale obraz przede mną zaczął wirować. To narkotyk, który wpuścili mi do krwi. Zabójcza strzała, tak ją nazywali dilerzy. Kiedyś nawet Hiro mi o niej opowiadał. Doprowadzało to organizm do furii, niemożności opanowania emocji i próby wyzwolenia ich. Działało jak cholera, ale traciłem świadomość. Traciłem ją coraz bardziej, potknąłem się o coś, próbując dotrzeć do drzwi, ale ostatecznie nie ruszyłem się z miejsca. Stłukłem jakiś wazon.
Zerknąłem nerwowo na zwłoki Madary i to było ostatnie, co widziałem. Później nastała ciemność.
A potem ocknąłem się cały we krwi z trupem obok i amnezją. Bowiem mój mózg wyparł to traumatyczne przeżycie z pamięci, pozwalając mi odetchnąć z ulgą na krótką chwilę.


Patrzył na pusty fotel, na ścianę pomalowaną zastygłą plamą krwi. Patrzył, i trząsł się jak osika, płakał, by zaraz na nowo zakląć pod nosem. Osunął się na ziemię i skulił, złapał się za włosy, ciągnął je palcami, szarpał nimi i kręcił w niedowierzaniu głową. To nie mogło dziać się naprawdę, ale prawda była jasna i klarowna.
Akatsuki wykorzystało jego słabość.
I uczyniło go mordercą.


Następnego dnia Sasuke nie mógł znaleźć sobie miejsca. Nie wychodził z pokoju i nikogo do niego nie wpuszczał. Wolał posiedzieć sam, w ciszy. Nie zamierzał nikomu spojrzeć w oczy, a już zwłaszcza po tym, co w końcu zaczęło się klarować w głowie.
— Ibiki, cholera, odbierz ten pieprzony telefon — warczał pod nosem, dzwoniąc do szefa już któryś raz z kolei. Tsunade również nie odbierała, a Sasuke miał wewnętrzną potrzebę podzielenia się swoim mrocznym odkryciem z kimś, kto rozumiał, o co w sprawie chodziło. — Niech to szlag!
I tak snuł się po pokoju przez całe popołudnie, dzwoniąc i zostawiając głuche wiadomości automatycznym sekretarkom. Czekał i czekał, nie mogąc na siebie spojrzeć w lustrze. Szukał sposobu na zabicie myśli, ale te non stop wracały z rozmachem i zalewały go falą wspomnień.
Krwi.
Madary.
Desperacji.
Jedynym telefonem, którego nie odbierał, była Sakura. Czuwał przy niej niemal przez całą noc, by około godziny trzeciej wreszcie zdecydować, co będzie dla niej najlepsze: bez słowa, bez pożegnania, skreślając wszystko jednym spojrzeniem, którego ona nie widziała. Po tym, co zamierzał zrobić jej Hidan, nie zamierzał już więcej ryzykować. Poirytowany wyłączył telefon na godzinę i zakopał się pod kocem, który śmierdział kurzem. Kręcił się, ale nie zasnął; a przynajmniej tak mu się wydawało.
Kilka godzin później mechanicznie, niemal jak robot, zerwał się na równe nogi i sięgnął po telefon. Na dworze już zmierzchało. Przeklął siarczyście pod nosem, przeczesując włosy palcami. Zadrżał. Telefon zawibrował, zalał go spam wiadomości i nieodebranych połączeń. Powiadomienia nie miały końca. Spojrzał na godzinę i w pośpiechu ubrał buty, narzucił na siebie kurtkę i wyszedł, gotowy stawić czoło odpowiedzialności.
Mrok jednak czaił się tuż za rogiem i cierpliwie czekał, by uderzyć.
Od kilku minut siedział przy stoliku wraz z Ibikim, którego potok słów nie miał końca. W głównej mierze omawiał plan działania na kilka kolejnych dni, jakoby cała reszta nie miała żadnego znaczenia. Sasuke szanował szefa za racjonalne podejście do sprawy, ale budzące się w nim wątpliwości i nagłe poczucie winy, przygniatały go i każde zdanie wypowiedziane przez lidera ANBU zaczynało wić się wokół jego szyi i dusić, coraz mocniej i sprawniej. Bowiem przed oczami wciąż miał scenę zbrodni, której sam dokonał. Ta rzeź nie miała zamiaru opuścić jego głowy. Przez chwilę nawet pomyślał, że to tylko zła mara, ale patrząc na swoje drżące ręce, zrozumiał.
— Jest coś, co musisz wiedzieć — przerwał Ibikiemu bez chwili zastanowienia, wbijając w szefa wzrok. Lider ANBU z początku był wściekły, ale widząc wyraz twarzy komisarza, złość zastąpiło zdziwienie. — Coś, co wiele zmieni.
— Skoro śmiesz mi przerywać, to naprawdę musi być coś ważnego.
Sasuke milczał, czując jak dziwny ciężar ugina jego barki coraz mocniej. Prawie że skulił się przed Ibikim, ale nabierając powietrza do płuc, wyprostował się i tylko raz zadrżał. Zacisnąwszy mocniej dłonie na kolanach, rozejrzał się po ciemnym lokalu, którego zaduch wymieszany z alkoholem i dymem papierosów przyprawiał o mdłości.
— Zabiłem Madarę.
Ibiki wytrzymał spojrzenie, jego twarz również pozostała bez wyrazu. Możliwe, że już wcześniej się tego domyślał lub wiedział coś w tej sprawie, jednak dopiero po chwili uniósł wysoko brwi i pochylił się nad stołem, by zbliżyć się do Sasuke i wyszeptać słowa powątpiewania.
— Skąd ta pewność?
— Wczoraj byłem u matki — zaczął miarowo, spokojnie. — Nie zgadniesz, kto sprawił, że znowu zaczęła mówić.
— Hidan — rzucił od razu.
— We własnej osobie. — Sasuke doskonale zdawał sobie sprawę ze spostrzegawczości Ibikiego i ANBU. Wytropienie chociażby jednego członka mafii nigdy nie było trudne, zwłaszcza kogoś takiego jak Hidan, najlepszego doktora w Kioto, który miał tyle pieniędzy, że mógł sobie pozwolić na rozwinięcie działalności w Europie. — Prawie zabił Sakurę. Domyślasz się zapewne, dlaczego. Cudem uratowałem ją przed śmiercią na środku pustej drogi. Dorwał nas tam i dał mi jasno do zrozumienia, że jeszcze wielu rzeczy nie wiem, a moja amnezja mogła być jedynie skutkiem poprzedzającym to, co się wydarzyło. Sam nakierował mnie na powrót do domu Madary i przyjrzeniu się sprawie pod innym kątem. Skurwiel ma na mnie haka i zrobi wszystko, by Obito dowiedział się, że gram na dwa fronty.
Ibiki namyślał się przez chwilę.
— Posunie się do wszystkiego — skonstatował po krótkiej ciszy. — Zauważ jednak, że jakoś nie spieszy mu się z powiadomieniem Obito o swoich przypuszczeniach. Czyżby dlatego, że nie ma żadnych dowodów?
— Nie wiem — Sasuke pokiwał energicznie głową — dlatego chciałbym, żebyś to dla mnie sprawdził.
Twarz pełną blizn wykrzywił nieznaczny grymas. Ibiki zgodził się jednak i bez słowa dopił szklankę szkockiej, już machając ręką na kelnera o kolejną kolejkę. Widać ciężko mu było przetrawić te informacje na trzeźwo. Sasuke poszedł w jego ślady.
— Dlaczego zabiłeś Madarę?
— W zemście.
— Mhm. — Ibiki nie spojrzał mu w oczy, jakby obawiając się tego, co mógłby w nich zobaczyć. — Grał na dwa fronty, prawda?
Do stolika podszedł kelner, przynosząc ze sobą butelkę szkockiej, którą zaraz odstawił i odszedł za namową groźnego wyrazu twarzy Ibikiego.
— To on pociągał za wszystkie sznurki. Nim Obito przejął władzę, rzecz jasna.
— Madara był pierwszym Ojcem Chrzestnym?
— Tak. — Sasuke wychylił szklankę szkockiej jednym haustem, krzywiąc się przy tym srogo. Ibiki pragnął dolać więcej, ale komisarz pokręcił przecząco głową. — To on wciągnął Itachiego do Akatsuki, zapewniając go o bogactwie. To pod jego wpływem tak się zmienił, dlatego zlecenie na własnego ojca wcale nie było dla niego wyzwaniem.
— Madara przecież współpracował z Fugaku.
— Owszem, ale działał na jego niekorzyść. Do czasu.
— Czyżby tutaj wchodził nasz drugi aktor, Obito?
Sasuke posłał Ibikiemu kpiący uśmiech, potakując głową.
— Obito pragnął otrzymać połowę tego, co przejął Madara po śmierci Fugaku. Ten jednak się nie zgodził i postanowił mu zaszkodzić, współpracując z policją, tym samym wcale nie ujawniając, że sam był ważną częścią Akatsuki. Obito dowiedział się o jego zamiarach i postanowił go sprzątnąć, ale tak, by nikt nie wiązał zabójstwa z mafią. I wtedy na scenę wchodzę ja.
Ibiki chyba nie mógł tej historii zdzierżyć, bo właśnie wypił dwie szklanki szkockiej tempem zawodowca. Zaszumiało mu w głowie, ale by podwoić efekt, pozwolił sobie na papierosa, dzieląc się pomysłem z Sasuke, który nie odmówił. Pociągając za ustnik, ręce mocno mu drżały. Wyjaśnił więc krótko, dlaczego to on został marionetką w rękach Akatsuki; Madara zlecił Itachiemu zabicie Fugaku, Sasuke więc, dowiadując się prawdy, zapragnął się zemścić, a zemsta przesłoniła mu racjonalne myślenie.
— W takim razie Hiro i Shikamaru wcale nie byli z tym powiązani — rzucił nagle Morino, wpatrując się pustym wzrokiem w trzęsące się dłonie młodego Uchihy.
— Wręcz przeciwnie — parsknął Sasuke, zaciągając się papierosem. — Owszem, Hiro i Shikamaru byli swego rodzaju zapalnikiem do całej tej akcji. Akatsuki potrzebowało dobrego handlarza, który sprowadziłby dla nich prochy z samych gór, więc dobrym materiałem okazał się Hiro. Obito wiedział o naszej relacji, uważnie ją śledził, więc wykorzystał naiwność i nienawiść Hiro przeciwko mnie. Shikamaru przyczynił się jedynie do ujawnienia ważnych informacji, ale tak naprawdę nie wrobił mnie w morderstwo. Po prostu mafia… oni potrzebowali kilku obiektów, które ułatwiłyby im sprawę. Całą resztą zająłem się ja: nachlany, odurzony, wściekły i pragnący zemsty.
— I tak Obito pozbył się problemu, i zemścił za twoją rezygnację tamtego dnia, kiedy omal nie przeżyłeś. — Ibiki wydawał się przygnębiony. — Akatsuki spełniło swoją groźbę.
— I zniszczyło mi życie.
W oczach Sasuke gościły złość i łzy. Na moment szary dym z papierosa przesłonił jego twarz i to pozwoliło mu przymknąć powieki. Czuł się zmęczony, przeżuty i wypluty. Cała ta wiedza, którą nabył kilka godzin temu przygniatała go i niszczyła od środka. Czuł, jak traci siebie.
— Jak tylko wsadzę Akatsuki kij w dupę, po wszystkim i tak pójdę do pierdla.
— Nie mów tak — warknął Ibiki, uderzając mocno pięścią w stół. — Nikt na to nie pozwoli.
Sasuke uśmiechnął się słabo, nieco perfidnie.
— Nie zabiłem w obronie własnej. Nie zabiłem z twojego rozkazu — tłumaczył powoli, cicho. — Tutaj nie mam immunitetu. Zabiłem z zemsty. Zabiłem sam z siebie. Nieważne, że mnie nafaszerowali. Zrobili to tylko po to, abym zapomniał. Jednak to ja pociągnąłem za spust.
Ibiki wciąż zaprzeczał, wysuwając sensowne argumenty, które na pewno uratują mu jeszcze skórę i wszystko zakończy się dobrze. Sasuke zaśmiał się tak głośno i desperacko, że Morino w końcu zamilkł.
— To mnie szukają, Ibiki — powiedział z obłąkanym uśmiechem. — Jestem poszukiwany. Mam krew na rękach. Rozumiesz? To ja jestem poszukiwany.
Śmiał się i śmiał, przez łzy bezradności, które spływały mu po policzkach. Śmiał się z papierosem w ustach i szklanką szkockiej w ręku. Śmiał się i płakał, i czuł, jak pęka niczym porcelana, jak kruszy się i spada na dno.
Dno, które perfidnie zapraszało do siebie.
Upadł mocno i z hukiem. Rozsypał się na kawałki, tracąc jakąś ważną część siebie. Nie widział już niczego w jasnych barwach. Wiedział jedynie, że za kilka tygodni jego życie się skończy — i albo będzie to śmierć, albo więzienie, w którym zgnije i przepadnie na zawsze.




Nobie says: To był najciężej pisany przeze mnie rozdział w życiu. Cieszę się, że już go skończyłam, ale zdaję sobie sprawę, jaki jest. Ważne, że przekazałam Wam odpowiedzi na pewne pytania, szata graficzna tego rozdziału jest mdła, strasznie mdła, wyszłam z wprawy. W dodatku sporo błędów, nie sprawdzałam rozdziału tylko po to, by wreszcie go oddać w Wasze łapki. Nie bijcie :( Poprawię na dniach…. Trochę mnie nie było, co? Mam nadzieję, że nie zapomnieliście tej historii i tego, co tu się działo ostatnimi czasy. Dzisiaj było ostro, chyba. Odkryliśmy drugą naturę Sasuke, wyjaśniłam Wam sprawę z Madarą, pozwoliłam pobawić się Hidanowi… działo się! W dodatku tak, do spostrzegawczych, ostatnia sentencja Sasuke to dokładne słowa piosenki, która na nowo wróciła na salony (jako druga, trzecia w kolejce). W końcu znacie już prawdę ;) A co dalej? Chyba kolejne trupy, bo zamierzam kolejny rozdział poświęcić naszemu mordercy i Shikamaru… Tyle o rozdziale, liczę na jakieś przemyślenia z Waszej strony, jakieś podejrzenia. Do zobaczenia kiedyś, bo serio nie wiem, kiedy znowu przysiądę. Pozdrawiam!